Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Skóra, w której żyję

syndrom

Skóra, w której żyjęSkóra, w której żyję (2011) Hiszpania

reżyseria i scenariusz: Pedro Almodóvar
aktorzy: Antonio Banderas, Elena Anaya, Blanca Suárez, Jan Cornet, Marisa Paredes, Bárbara Lennie, Fernando Cayo, Roberto Álamo, Buika, Eduard Fernández, José Luis Gómez, Susi Sánchez, Isabel Blanco, Ana Mena
muzyka: Alberto Iglesias
zdjęcia: José Luis Alcaine
montaż: José Salcedo

na podstawie: powieści Thierry Jonqueta "Tarantula"

 (8,5/10)

"Skóra, w której żyję" to niezwykle intrygujący obraz.  Interesujący, wciągający, trzymający w napięciu od początku do samego końca.  Ogląda się go niczym łamigłówkę, zagadkę, którą twórcy stawiają przed nami na samym początku i powoli, konsekwentnie zaczynają ją rozwiązywać.  Jest jak puzzle, początkowo porozrzucane bezładnie, powoli trafiające na swoje miejsca, tworząc większy, pełny obraz.  I warto wiedzieć, że rozwiązanie, które na nas czeka, do którego w pewnej chwili dojdziemy, jest ciekawe, nietypowe, nawet trochę szokujące.  Przez taką konstrukcję tego filmu, przez dłuższy czas nie wiemy kto tu jest kim, jakie relacje łączą ze sobą poszczególne osoby.  Możemy się tego jedynie domyślać, zastanawiać nad tym.  Początkowo bowiem widzimy tylko same postaci, znajdujące się już w określonych sytuacjach i ciężko jest odgadnąć w jaki sposób znalazły się one w takim momencie swojego życia.  Piękna kobieta uwięziona w jednym pokoju, chirurg plastyczny pracujący w laboratorium znajdującym się w jego domu, gospodyni zajmująca się domem i jeszcze kilka innych osób.  To kim są, dlaczego zachowują się akurat tak, a nie inaczej okaże się z czasem, dopiero wtedy, gdy twórcy będą gotowi wyjaśnić nam tę tajemnicę, gdy będą gotowi przekazać nam tę wiedzę. 

 

To co wyróżnia najnowszy film Pedro Almodovara to bardzo ciekawie poprowadzona narracja.  Historia rozpoczyna się jakby od środka, nie przedstawiając, nie opisując nikogo, pokazując jedynie kolejne osoby.  Później zaczyna krążyć między czasem, a miejscem, zdradzając z jej początków tylko to co niezbędne.  Skupiając się to na jednej, to na drugiej osobie, nie wybierając ani jednej z nich na głównego bohatera czy bohaterkę.  Dzięki tym zabiegom film ten jest jeszcze bardziej zagadkowy, wciągający i nieprzewidywalny, a reżyser może pozwolić sobie na odkrywanie kolejnych kart w momentach, gdy ma na to ochotę.  Udaje mu się również dzięki temu utrzymać napięcie na całkiem wysokim i równomiernym poziomie, przez cały czas trwania swego filmu.  Co więcej, mam wrażenie, że jest to chyba najmniej telenowelowy obraz z tych, które Almodovar nakręcił w przeciągu ostatnich kilku lat. Poprzednie opowiadały zwyczajne historie, bardziej portretując tylko pewien wycinek z życia, niż tworząc zamkniętą filmową rzeczywistość.  "Skóra, w której żyję" to obraz najbardziej skupiony, zwarty w sobie i podporządkowany opowieści, która dąży w pewnym, z góry określonym kierunku.  Nieznanym dla widza, ale podświadomie wyczuwalnym.  Przez taki nietypowy, nieliniowy sposób opowiadania tej historii, a także przez zajęcie się tym razem trochę mroczniejszym tematem, ten obraz ogląda się inaczej i w moim odczuciu znacznie ciekawiej.

"Skóra, w której żyję" to produkcja do której właściwie nie ma się do czego przyczepić.  Jest świetnie poprowadzona, przemyślana, rewelacyjnie zagrana (Banderas!), ciekawie rozpoczęta i bardzo, ale to bardzo dobrze zakończona.  Końcówka całe szczęście odpowiednio podsumowuje tę dziwną opowieść, nie zostawiając jej niedopowiedzianej, niedokończonej, a tym samym nie zostawiając nas niezaspokojonych.  Właśnie takiego braku konkretnego zakończenia, przerwania tej historii w za wczesnym momencie, zbyt szybkiego opuszczenia kurtyny, coraz bardziej obawiałem się podczas seansu, im szybciej całość zbliżała się do napisów końcowych.  Ponadto znów, jak to w filmach Almodovara bywa, świetnie spisuje się tu muzyka Alberto Iglesiasa, która tworzy niezwykłą, napiętą atmosferę, buduje całkiem mroczny klimat, podkręcając skutecznie napięcie.  Do tego kompozycja hiszpańskiego kompozytora jest po prostu piękna, aż chce się sięgnąć po ten soundtrack poza filmem, bo i bez obrazu brzmi on perfekcyjnie.  Fantastyczne są również zdjęcia, wyczulone na detale, wyłapujące z otoczenia to co najistotniejsze, najważniejsze, umiejętnie patrzące na rozgrywające się wydarzenia.

Naturalnie nasuwa się jednak pewne pytanie odnośnie tego, co po tym filmie pozostaje dla nas samych, co można z niego wynieść i czy z tej przedziwnej, dla niektórych może zbyt udziwnionej opowieści, coś jednak na dłuższą metę wynika?  Dla niektórych najnowszy obrazek Almodovara będzie pewnie perwersyjną, obrzydliwą bajką, filmem opowiedzianym zbyt powierzchownie.  Głupią, naiwną, skąpaną w erotycznym napięciu opowiastką o niewyżytym szaleńcu, skrzywdzonej dziewczynie, zmieniającym się chłopcu.  I, na pierwszy rzut oka można tak podsumować ten obraz.  Skupiając się tylko na tym co widoczne, wyłącznie na powierzchni, zapewne poprzestanie się na takich wnioskach.  Warto jednak zagłębić się w tę opowieść, nie wyśmiewać jej dziwności, nie czepiać się tego co inne i na chwilę się nad nią zatrzymać.  Wtedy okaże się bowiem, że "Skóra, w której żyję" to obraz zadający sporo ciekawych pytań.  Chociażby o to, czym tak naprawdę jest dla nas ciało?  Czy tylko zewnętrzną nic nie znaczącą powłoką, czy jednak czymś więcej?  Pytanie, o to w kim się tak w istocie zakochujemy?  Czy w pięknych kształtach, w delikatnej skórze, czy w tym co niewidoczne, nienamacalne, w samym człowieku, w jego duszy?  Pytanie o to, na ile nasze ciało, ta zewnętrzna powłoka mówi o tym, kim jesteśmy, jacy jesteśmy, jakie mamy wnętrze?

 

Czy to wiele czy to mało?  Dla jednych będzie to pewnie niewystarczający materiał na przemyślenia, dla innych nawet zbyt obszerny.  Moim zdaniem warto jednak wybrać się do kina i pozwolić zadać sobie te kilka pytań, usłyszeć je od reżysera.  A później spróbować sobie jeszcze na nie odpowiedzieć.  Te pytania to jednak nie wszystko co można znaleźć w najnowszym dziele hiszpańskiego reżysera.  Prócz tych kilku otwartych myśli pozostawionych do rozważenia, Almodovar jeszcze, już jakby przy okazji, stara się ukazać co może czuć osoba znajdująca się w nie swoim ciele, nie w swojej skórze.  Co może czuć ktoś, kto czuje się w środku kimś innym.  Reżyser pokazuje ponadto jak to czasem umysł może wplątać się labirynt uczuć bez wyjścia, gdy serce zaczyna czuć coś wbrew zdrowemu rozsądkowi, przywiązywać się do ciała, do powłoki.  Z pragnienia, z tęsknoty, z pożądania.  Pokazuje ciało jako więzienie dla duszy i wiele, wiele więcej.  Wystarczy tylko postarać się samemu poszukać, odrobinę otworzyć na płynący z ekranu przekaz.  Ja ze swojej strony dodam jeszcze tylko, że po raz pierwszy po seansie filmu Almodovara mam chęć na ponowne przeżycie tej historii.  Na spojrzenie na nią z jeszcze innej strony.  By znając już jej finał, odkryć, zrozumieć, przeanalizować ją na nowo.

sobota, 24 września 2011, milczacy_krytyk

Polecane wpisy