Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Pandorum

szeptem

PandorumPandorum (2009) Niemcy, USA

reżyseria: Christian Alvart
scenariusz: Christian Alvart, Travis Milloy
aktorzy: Ben Foster, Dennis Quaid, Antje Traue, Cung Le, Cam Gigandet, Eddie Rouse, Norman Reedus, Friederike Kempter, Domenico D'Ambrosio, Niels-Bruno Schmidt
muzyka: Michl Britsch
zdjęcia: Wedigo von Schultzendorff
montaż: Philipp Stahl

 (4/10)

W 2009 roku na ekranach kin pojawiły się w niewielkim odstępie czasu dwa filmy sci-fi, opowiadające o ludziach uwięzionych w przestrzeni kosmicznej.  Pierwszym z nich był spokojny, kameralny dramat, rozgrywający się na powierzchni księżyca, opowiadający o astronaucie i jego potwornej samotności (mam tu na myśli oczywiście bardzo interesujący "Moon" Duncana Jonesa).  Drugim było natomiast "Pandorum", w założeniu thriller o dwóch mężczyznach, którzy budzą się na gigantycznym statku, z którego zniknęła cała załoga.  Dwa zdecydowanie różne filmy.  Pierwszy nastawiony na tworzenie atmosfery, opowiadanie ciekawej historii, nad którą można się na chwilę zamyślić, dla którego od efektów zdecydowanie ważniejsza jest sama treść.  Drugi wręcz na odwrót, zadowalający się wyłącznie efekciarstwem, tanim szokowaniem, przepełniony teledyskowym montażem, zbudowany z prostej historyjki, o której lepiej za wiele nie myśleć, bo sensu w niej niestety tyle co nic.  Potwornie denerwujący i na dłuższą metę strasznie męczący.

Film ten cierpi na dwa podstawowe błędy.  Po pierwsze twórcy zdecydowanie za szybko pokazują nam co grasuje na opuszczonym statku.  A wiadomo przecież, że najstraszniejsze jest to, co niewidoczne, to co pozostawione naszej wyobraźni.  W momencie gdy po raz pierwszy w pełnej okazałości możemy zobaczyć jak wygląda to, z czym przyjdzie walczyć bohaterom, napięcie gwałtownie siada.  Drugi błąd to znów zdecydowanie zbyt szybki ruch ze strony twórców, którzy zbyt prędko odkrywają przed nami wszystkie swoje karty.  Niepotrzebnie w pierwszej części filmu dowiadujemy się gdzie leciał statek, po co, oraz dlaczego przebywało na nim tak wiele pasażerów.  Tak ważna niewiadoma, intrygująca zagadka, jest nam odbierana prze samych twórców, w niezwykle nieprzemyślany sposób.  Sami na początku snucia swojej opowieści wymyślają bowiem, że pamięć po długotrwałej hibernacji powraca bardzo długo.  Zamiast więc trzymać ją w powoli rozmywającej się mgle, prawie do samego zakończenia, nie stosują tej zasady dla głównych bohaterów i przywracają im wspomnienia po nieco ponad dwudziestu minutach seansu.  Z zaskoczenia, tajemniczości nici, a napięcie jeszcze bardziej siada.

Dalej jest niestety już tylko gorzej, bo jedyne co na nas czeka, to kolejne klisze i potwornie wyeksploatowane schematy, których reżyser nie stara się nawet odrobinę zmieniać, czy pokazywać choćby z odrobinę innej strony.  Wraz z rozwojem akcji trafimy więc na przypadkowe osoby, które coś wiedzą, ale oczywiście nie będą się chciały tymi informacjami podzielić.  Statek będzie zimny, nieprzyjazny, ciemny i pełen labiryntów, w których łatwo się zgubić, ale zawsze uda się w ostatniej chwili uciec przed potworami.  Z sufitu będzie kapać woda, na ścianach będą wisieć łańcuchy, a całość zakończy się wielkim bum.  Problem w tym, że to wszystko już gdzieś kiedyś było i to w znacznie lepszym wydaniu.  W międzyczasie do akcji przyłączy się wyjęta niczym z kolejnej ekranizacji „Resident Evil” tajemnicza kobieta (jej obecność przestaje dziwić, gdy spojrzy się na osobę producenta), oraz wysportowany Indianin, co by było jeszcze dziwniej.  Wraz z ich pojawieniem się na ekranie rozpocznie się festiwal walk, pojedynków i bitewek, zupełnie jakbyśmy przenieśli się do jakiejś dżungli i oglądali plemienne konflikty między kilkoma skłóconymi rasami, chroniącymi swoje terytoria.  Obłęd w kratkę.

Widać, że twórcy mieli zdecydowanie za wiele pomysłów na ten obraz.  Nawrzucali do swojej produkcji zbyt wiele luźnych myśli i później, zamiast przeprowadzić ostrą selekcję, zrezygnować z niektórych, tylko wymieszali wszystko ze sobą, tworząc niestrawną papkę.  Otrzymujemy więc przez to w tym obrazie i członka załogi, który zwariował, i dziwne potwory, które grasują po statku, i misję, która się nie udała i musi zostać na nowo poprowadzona, i ludzi przystosowanych do nowych warunków, które zmieniły ich w wojowników.  Do pełni 'szczęścia' brakuje jeszcze chyba tylko odwołań do boga i większej ilości przemocy, bo tej o dziwo nie ma tu aż tak wiele.  Jedyny wątek, który wypada tu naprawdę przyzwoicie, trzyma w napięciu i co najważniejsze kończy się w całkiem zaskakujący sposób, to samo tytułowe pandorum.  Szkoda, że twórcy go nie rozwinęli, tylko poszli w kierunku durnej, jednorazowej przygodówki, bo leżał w nim naprawdę spory potencjał i można było go poprowadzić w kierunku trzymającego w napięciu, klaustrofobicznego dreszczowca.  A tak otrzymaliśmy tylko nudną, zwykłą bieganinę, jakich było już sporo i jakich pojawi się z pewnością jeszcze wiele.

czwartek, 15 września 2011, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
ratyzbona
2011/09/15 21:09:05
Zgadzam się że wszystko dzieje się zdecydowanie za szybko - pierwsze 20 minut filmu kiedy nie wiadomo o co chodzi jest bardzo dobry. Ale kiedy wszystko już wiadomo film robił się totalnie beznadziejny. Ponoć autor planował trylogię.
-
milczacy_krytyk
2011/09/15 22:40:46
Tak to prawda. Początek do pierwszego spotkania z potworami jest ok. Mi się jeszcze podobała końcówka i cała ta akcja z odnalezionym członkiem załogi z mostku, który okazał się być kimś innym niż można by było sądzić. Tym mnie twórcy bardzo zaskoczyli. Ale cała reszta? Okropieństwo.
Trylogię? O masakra! :D Dobrze, że nic z tych planów nie wyszło.

Pozdrawiam
-
Gość: xxx, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/09/16 21:12:50
Też mam podobne odczucia co do filmu.