Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Drzewo życia

krzyk zwątpienia

Drzewo życiaDrzewo życia (2011) USA Jedenastki 2011 Jedenastki 2011 Hity Kity 2011

reżyseria i scenariusz: Terrence Malick
aktorzy: Brad Pitt, Sean Penn, Jessica Chastain, Hunter McCracken, Laramie Eppler, Tye Sheridan, Fiona Shaw, Finnegan Williams, Michael Koeth, John Howell
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
montaż: Jay Rabinowitz, Billy Weber, Daniel Rezende, Mark Yoshikawa, Hank Corwin

 (9/10)

Film, który zdobył Złotą Palmę na tegorocznym festiwalu w Cannes.  Przez połowę publiczności oklaskiwany, przez drugą wygwizdany.  Gdybym był na festiwalowym pokazie, nie dołączyłbym chyba po zakończonym seansie ani do tej pierwszej, ani do tej drugiej grupy, które tak jawnie wyraziły swoje odczucia względem tego obrazu.  Są w nim bowiem momenty prawdziwie zachwycające, są również takie do których można odwrócić się bokiem.  Ale w ciszy, wewnątrz siebie.  Choć nie dziwię się tym, którzy w czasie seansu wychodzili z sali kinowej.  Nie dziwię się również i tym, którzy zostali na powoli przewijających się napisach końcowych.  Niezwykły jest to film, niemożliwy do opisania, niemożliwy do objęcia.  Prawie całkowicie pozbawiony dialogów, komentowany zza kadru myślami bohaterów, nieśmiałym szeptem wyrażającym ich obawy, pragnienia, wątpliwości. Geniusz miesza się z kiczem, kłamstwo z prawdą, przekombinowanie z prostotą.  Obraz Terrenca Malicka jest jak modlitwa do niebios.  To spowiedź, skarga z życia.  To niezwykła produkcja posiadająca uspokajający, wyciszający klimat.  Niczym wyrównująca oddech medytacja.  Starający się dotknąć istoty życia, starający się pokazać je od początku do samego końca. 

Reżyser w swoim dziele próbuje znaleźć odpowiedź na odwieczne, wydawać by się mogło jakże proste pytanie: po co?  Szuka stwórcy, szuka sensu w otaczającej rzeczywistości, szuka mocy, którą podświadomie wyczuwa, iż musi gdzieś istnieć.  W stworzeniu, w poruszającym się w ciemności gwieździstym obłoku.  Aby ją odnaleźć, aby odnaleźć sens rzeczy, reżyser cofa się do początku.  Cofa się do początków świata, do pierwszych chwil stworzenia, by w nich dostrzec istotę, by dzięki nim zrozumieć czym jest życie.  Szuka przyczyny, sensu, celu, w naturze, w odwiecznym porządku rzeczy.  W pojawiających się na Ziemi roślinach, zwierzętach.  W pewnej chwili pokazuje nawet dinozaury, w odwiecznej walce o przetrwanie, którą rządzi czysty przypadek.  W tej niezwykle osobistej spowiedzi ze swoich myśli, swoich wątpliwości, obaw, pokazuje życie od momentu jego narodzin, od małej stópki, dopiero co urodzonego dziecka, cudu nowego życia, po starczą skórę, człowieka, który wiele przeżył i wiele doświadczył.  Pokazuje momenty, chwile, przebłyski.  Łzy płaczu i łzy radości.  Gniew i nienawiść.  Przyjaźń i miłość.  Tę braterską, młodzieńczą, rodzicielską, dorosłą. 

Obserwuje życie pewnej zwykłej rodziny oczami surowego ojca (świetny Brad Pitt) reprezentującego siłę, naturę i opiekuńczej matki (fenomenalna Jessica Chastain), będącej reprezentacją czystego dobra, łaski.  Obserwuje życie oczami trzech synów, którzy dorastają w niewielkim domu w Ameryce lat pięćdziesiątych.  Jego film to podróż przez życie.  Podróż w którą udaje się dorosły już syn tej rodziny.  Podróż wypełnioną wspomnieniami, wątpliwościami, żalem i miłością. Podróż, której przyczyną jest brak wiary w samego siebie, który początkuje lawinę niekończących się pytań.  Który rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu odpowiedzi na podstawowe pytania.  Od początków życia po sam jego kres.  Ogrom stworzenia konfrontowany jest tu z jednostką, przytłaczająca wielkość wszechświata stykana jest z kruchością ludzkiego życia.  Obraz prostej rodziny jest tu pretekstem do zastanowienia sie nad sobą i cudem stworzenia.  Zastanowienie się nad ogromem tego co jest wokół nas i naszą maleńkością, o której w przypływie codzienności zbyt często zapominamy.  „Drzewo życia” to coś znacznie więcej niż film, niż piękne ruchome obrazy.  Najnowsze dzieło Malicka to doświadczenie, duchowe przeżycie, które każdy odbierze na innym poziomie, które do każdego przemówi w inny sposób.  To doświadczenie przynoszące na końcu spokój, ukojenie.

Reżyser przez cały seans panicznie poszukuje sensu w kolejnych dniach przedstawianego życia.  Sensu w obranej drodze.  Szuka przepisu na szczęście, szuka właściwej ścieżki.  Łaska czy natura, dobroć dla innych, czy dbanie o siebie?  Pokazuje decyzje, których nie sposób nie kwestionować, sytuacje, które zmuszają do zwątpienia.  Śmierć, strata, ból, rozpacz.  To czego nie sposób zrozumieć, czego nie sposób od razu pojąć.  Co wydaje się niesprawiedliwe, złe, nieludzkie.  Zachwyca się pięknem świata jednocześnie płacząc nad jego samotnością i zagubieniem.  Chwali dążenie do celu, zdecydowanie, jednocześnie pokazując jak niewiele ono tak naprawdę znaczy.  Pokazuje młodzieńcze pragnienia, bunt, myśli i marzenia oraz to jak nie wiele z nich zostaje w dorosłym życiu.  Wspomnienia, zdjęcia, pamięć, ulotne chwile.  Wszystko to ubrane w niezwykłą formę za pomocą przecudownych, niezwykle malowniczych, niejednokrotnie zapierających dech w piersiach zdjęciach Emmanuela Lubezki.  Portretujących życie w pomysłowy, nietypowy sposób, za pomocą gry światła, odbić, ruchomych cieni.  Pokazujących piękno życia w najdrobniejszych chwilach, w ulotnych momentach, w pięknie otaczającego nas świata.

Reżyser szukając odpowiedzi, nie dochodzi do jasnych wniosków.  Pokazuje jednak, że jedyne co pozostaje, jedyne co ma jakąś wartość, to zachwyt.  Nad tym co nas otacza, nad każdym kolejnym dniem.  Bezgraniczna wiara, poddanie się temu co się dzieje.  Przyjmowanie wszystkiego ze zrozumieniem, z pokorą.  Bo nie sposób objąć ogromu stworzenia, nie sposób znaleźć odpowiedzi na podstawowe i najważniejsze pytania.  Nie sposób odgadnąć planu.  Nie można, nie ma na to czasu.  Pozostaje ufność, wiara, że wszystko to ma jakiś większy sens.  Poddanie się temu co następuje, temu co przynosi los.  I życie.  Życie dniem codziennym.  Bycie dobrym człowiekiem.  Dla siebie, dla innych.  Po prostu.  Nie martwienie się rzeczami, których nie można zmienić, przeskoczyć, pokonać.  Na które nie ma się wpływu.  Czerpanie z każdego dnia jak najwięcej.  Tak jakby inne nie miały już nigdy nastąpić.  Życie tymi chwilami szczęścia, tymi nielicznymi momentami, które później warto wspominać.  Aż do samego końca, aż do ostatniego oddechu.  Gdy wszystko się skończy.  Bądź też nie.  Gdy nastanie ciemność albo usłyszymy kojący szum morza.  Oby to drugie...

czwartek, 16 czerwca 2011, milczacy_krytyk
Tagi: sci-fi dramat

Polecane wpisy

Komentarze
logosviator
2011/06/24 03:11:04
Podoba mi się to, co napisałeś o filmie Malicka.
Moje odczucia wyniesione z filmu są w wielu miejsca zbieżne z Twoimi.

Może Cię zainteresuje dyskusja, jaka rowinęła się pod moim wpisem na temat tego filmu:

wizjalokalna.wordpress.com/2011/06/18/piekno-i-chaos-zachwyt-i-przerazenie-czulosc-i-nienawisc-zycie-jako-magma-czujaca-o-najnowszym-filmie-terrencea-malicka-the-tree-of-life/

Pozdrawiam