Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Mr. Nobody

rozjazdy

Mr. NobodyMr. Nobody (2009) Belgia, Francja, Kanada, Niemcy

reżyseria i scenariusz: Jaco Van Dormael
aktorzy: Jared Leto, Sarah Polley, Diane Kruger, Linh Dan Pham, Rhys Ifans, Natasha Little, Toby Regbo, Juno Temple, Clare Stone, Thomas Byrne, Audrey Giacomini, Laura Brumagne, Allan Corduner, Daniel Mays, Michael Riley, Noa De Costanzo, Léa Thonus, Anais Van Belle, Ben Mansfield
muzyka: Pierre Van Dormael
zdjęcia: Christophe Beaucarne
montaż: Susan Shipton, Matyas Veress

 (6/10)

Nemo Nobody ma 34 lata, trójkę dzieci i piękną żonę Elise, która z dnia na dzień popada w coraz większą depresję.  Chwila, chwila, przecież jego życie wygląda zupełnie inaczej.  Stałoby się takie, gdyby Nemo jako dziewięciolatek, po rozwodzie swoich rodziców został z ojcem.  Tak naprawdę pojechał z matką do wielkiego miasta i zakochał się w córce nowego wybranka matki, swojej przyszłej przyszywanej siostrze, Annie.  Jako trzydziestoczterolatek czeka teraz na swoją utraconą młodzieńczą miłość, nie mogąc bez niej żyć.  Nie, tak również się nie stało.  Nemo wybrał inną drogę i obrawszy sobie za młodu konkretne cele, dorobił się wielkiego domu, wymarzonego basenu, ożenił się z miłą Jean, z którą ma dwójkę dzieci.  W rzeczywistości (a może to również nie jest prawda?) Nemo jest ostatnim śmiertelnikiem, 118 letnim staruszkiem, który spędzając w szpitalu ostatnie dni swojego życia, wspomina je, powraca do najważniejszych przeszłych chwil.  Wspomina to jak wyglądało i jak mogło wyglądać jego życie gdyby dokonał konkretnych wyborów. Bo każda, nawet najmniejsza decyzja, nawet pojedyncze słowo, wypowiedziane lub nie w konkretnym momencie, kieruje jego historię na inne tory.

"Mr. Nobody" to film potwornie przekombinowany, rozbuchany do granic możliwości i pod koniec okropnie męczący.  Film, który w gruncie rzeczy opowiada bardzo prostą historię, ale jest obudowany przeogromną i moim zdaniem kompletnie niepotrzebną formą.  Zupełnie jakby reżyser po 13 latach przerwy w kręceniu filmów na swoją najnowszą produkcję miał tyle pomysłów, że nie mógł się zdecydować, które wykorzystać, a które nie i wrzucił je tu wszystkie.  W czasie seansu skojarzenia z takimi filmami jak "Źródło", "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", "Truman Show", obrazy Wesa Andersona i wiele, wiele innych nasuwają się same.  Inspiracji i to bezpośredniej można sie doszukać nawet w książce Bernarda Werbera "Imperium Aniołów".  Jakby film ten był zlepkiem zasłyszanych wcześniej pomysłów.  Sceny przechodzą tu jedna w drugą, zmieniają podejście, klimat, a całość przypomina sen, jakiś zaplątany koszmar z którego nie może wybudzić się bohater, przechodząc z jednej do drugiej jego warstwy.  Przez to reżyser mógł pozwolić sobie na bezkarne przenoszenie się z jednego miejsca w drugie, na przedstawianie nawet najdziwaczniejszych scen, w dowolnej kolejności, w dowolnej chwili, bo wszystko się może zdarzyć, bo ani początek ani koniec, ani w szczególności to co pomiędzy, nie jest określone.  Dlatego widoki takie jak orbitujące wokół Marsa rowery, rozsypujące się na kryształy budynki, czy pokoje zalewane wodą, nie są tu niczym dziwnym.

Historia opowiadana przez reżysera miała w sobie ogromny potencjał, ale niestety została zasłonięta przez estetyczne widowisko, obrazki, które dobrze sprawują sie jako tapeta, ale nie mają wiele do przekazania.  Aż boję się sprawdzić ile pieniędzy zostało wydanych na tę produkcję, bo w każdej scenie, nawet w tych najkrótszych czuć, że nie był to film tani.  Wielość lokalizacji, efektów specjalnych, ilość aktorów tu występująca jest nieproporcjonalnie wielka w stosunku do treści samego obrazu.  Reżyser niepotrzebnie cały czas komplikuje swój film, zamiast koncentrować się na historii pokazuje coraz dziwniejsze scenki, wybiega nie tylko w przyszłość, ale i do gwiazd zapominając o swoich bohaterach, ich wyborach i sytuacjach w jakich się znaleźli.  Bardziej interesują go ładne ujęcia niż przeżycia bohaterów.  Przez to gubi się główna myśl samego filmu, który z każdą minutą coraz bardziej staje się dziwacznym romansem, dwoma a nie jak można by na początku sądzić trzema wersjami życia głównego bohatera, które rozwijają sie równolegle i co chwila zmieniają kierunek, zależnie od kaprysów losu.  „Mr. Nobody” staje się taką nieangażującą opowieścią o tym co mogło się zdarzyć, zdarzyło się, ale jednak nie miało miejsca.  Dlatego im dłużej trwa seans, im więcej wersji życia Nemo widzimy, tym coraz mniej nam zależy na samym filmie i głównym bohaterze.  Bo skoro może zdarzyć się wszystko, skoro jego życie to gdybanie, a my nie możemy być pewni, którą ścieżkę obrał naprawdę, a które są jedynie hipotezą, to mało co może nas tu interesować i trzymać w napięciu.  Bo jak nie sprawdzi się jedna droga, za chwilę zobaczymy inną, jak i ta nie wypali, pojawi się następna.

Być może z filmem Jaco Van Dormaela jest tak jak z wcześniej wymienionymi obrazami.  Były to produkcje, które albo zachwycały, albo pozostawiały widza całkowicie obojętnym, nie oferując nic pośrodku.  I o ile "Źródło" czy "Ciekawy przypadek..." zrobiły na mnie ogromne wrażenie, porwały mnie całkowicie, tak "Mr.Nobody" nie wpłynął na mnie prawie w ogóle.  W moim odczuciu to film taki sobie, ładny ale nawet w połowie nie wykorzystujący możliwości jakie w nim tkwiły, o którym pewnie za kilkanaście dni nie będę nawet pamiętał.  Z założenia opowieść o trudnościach wyboru, o tym, że żyjąc, każdego dnia musimy się na coś decydować: czy idziemy jedną czy drugą drogą.  Wybór ten bywa często paraliżujący, bo decydując się na jedno tracimy coś innego, bo idąc w pewną stronę nie możemy już skorzystać z pozostałych.  I dopóki nie zdecydujemy się na jedną z nich mamy nieskończoną liczbę możliwości, jednakże wtedy nasze życie będzie jedynie egzystencją, sennością, oczekiwaniem, przez które życie przecieknie nam przez palce,  przejdzie obok nas.  „Mr. Nobody” to przydługa opowieść na której morał musimy czekać prawie dwie i pół godziny, a jest on taki, że właściwa droga nie istnieje, bo wszystkie są równie dobre, a to dlatego, bo każda jest naszą własną, bo każda poprowadzi nas przez życie, czasem trochę szczęśliwsze, czasem trochę mniej, ale nasze, własne, które samo w sobie jest już cudem.  I cały ten przepych potrzebny był tylko po to, by oznajmić światu tak prosty wniosek. Spore rozczarowanie.

wtorek, 28 grudnia 2010, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
ratyzbona
2010/12/28 20:05:22
Może przyczyną rozbuchania był fakt że to najdroższa Belgijska produkcja w historii - kasa musiała na coś pójść. Ale tak naprawdę do obejrzenia tego filmu odstraszyła mnie koszmarnie pretensjonalna recenzja w dziale kultury w Gazecie Wyborczej. Twoja ocena tylko potwierdza moje podejrzenia co do tej produkcji
-
Gość: Agniecha, *.net.stream.pl
2010/12/28 20:57:45
no nie gadaj, że tak marnie... ja się nie mogę zabrać do tego filmu, bo ostatnio to próbuje Toy Story nadgonić, a poza tym to czytam książki ech...ale i tak obejrzę :P
-
milczacy_krytyk
2010/12/29 14:34:36
do ratyzbona:
Kasa poszła i to widać prawie w każdej scenie. Nie mam nic przeciwko wydawaniu prawie 50 milionów dolarów na produkcję, ale niech ten przepych, tym bardziej w tak prostym dramacie jakim jest ten film, zostanie jakoś uzasadniony. A tu reżyser zachwyca się kolejnymi obrazkami, zapominając, że ma ciekawą historię do opowiedzenia.
Chodzi Ci o recenzję Pawła Mossakowskiego?

do Agniecha:
Marnie nie, ale nie tak dobrze jak mogłoby być i na ile pozwalał wyjściowy pomysł. Mógł z tego wyjść naprawdę wielki film, a powstało estetyczne ale trochę pustawe widowisko. Obejrzeć można ale to nic specjalnego.

Pozdrawiam
-
2010/12/29 19:20:36
zgadzam się w pełni - zbyt męczący.