Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Harry Potter i Insygnia Śmierci - część I

the end begins

Harry Potter i Insygnia ŚmierciHarry Potter i Insygnia Śmierci: część I (2010) Wielka Brytania, USA

reżyseria: David Yates
scenariusz: Steve Kloves
aktorzy: Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Emma Watson, David Thewlis, Imelda Staunton, Timothy Spall, Helena Bonham Carter, Alan Rickman, Brendan Gleeson, Bonnie Wright, Ralph Fiennes, Domhnall Gleeson, Ciarán Hinds, Clémence Poésy, Evanna Lynch, Julie Walters, Robbie Coltrane, James Phelps, Miranda Richardson, Carolyn Pickles, Oliver Phelps, Matyelok Gibbs, Stanislav Ianevski, David Ryall, Toby Regbo, Hazel Douglas, Rod Hunt, Chris Rankin, Rade Serbedzija, Helen McCrory, Rhys Ifans, Michelle Fairley, Tom Felton, Bill Nighy, Jamie Campbell Bower, Fiona Shaw, Natalia Tena, Matthew Lewis, Richard Griffiths, John Hurt, Warwick Davis, Jason Isaacs, Michael Gambon, Andy Linden, Mark Williams, Harry Melling, David Bradley, Jim Broadbent, Geraldine Somerville, Peter Mullan, Ian Kelly
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Eduardo Serra
montaż: Mark Day

na podstawie: powieści J.K.Rowling

 (8-/10)

Książka to książka, a film to film.  Dlatego też, to co dobrze wypada na papierze, nie zawsze sprawdzi się na srebrnym ekranie.  Z tego też powodu trzeba się pogodzić z tym, że pewne zmiany w ekranizacjach powieści J.K.Rowling są i będą się pojawiać, a polscy fani opowieści o Harrym Potterze, którzy znienawidzili reżysera Davida Yatesa za zniszczenie (??) opowieści o młodym czarodzieju, już teraz powinni darować sobie narzekanie i na seansie nowego Pottera po prostu popłynąć z historią, nie trzymając się kurczowo książkowego oryginału.  W najnowszej części (a raczej pierwszej jej połówce) wprowadzonych zostało trochę zmian, choć nie jest ich aż tak wiele jak przy piątej odsłonie cyklu.  To kosmetyka, niedopuszczalna dla fanów, ale dla zwykłego widza i czytelnika prawie niezauważalna, która filmowi wyszła tylko na dobre, bo poprawiła to co przeniesione na ekran wyglądałoby po prostu źle lub mało przekonująco.  Najpoważniejsza zmiana to ograniczenie drugiego wątku z powieści Rowling.  Książkowe "Insygnia śmierci" skupiały się bowiem na dwóch sprawach.  Po pierwsze mówiły o trójce przyjaciół, którzy ukrywając się przed całym magicznym światem, próbują na własną rękę, po omacku znaleźć kolejne części duszy Voldemorta i je zniszczyć.  Do drugie natomiast były demitologizacją postaci dyrektora Hogwartu, który we wszystkich poprzednich tomach jawił się jako postać krystalicznie dobra, perfekcyjna pod każdym względem, a po śmierci jej niezbyt pozytywna przeszłość zaczęła wychodzić na światło dzienne, pokazując Dumbledora z trochę gorszej strony. Tego drugiego wątku, w którym Harry zaczyna coraz bardziej wątpić w Dumbledore'a w filmie zabrakło.  Pojawia się co prawda jedna scena podczas wesela poruszająca ten temat, ale nie ma ona większego wpływu na późniejszą akcję.  Nic w tym jednak dziwnego, bo choć wątek ten idealnie pasował do książki, tak w filmie nie byłoby możliwości jego przedstawienia bez zbyt poważnego spowalniania akcji i komplikowania historii.

Pozostałe zmiany są drobne i wydaje mi sie, że gdybym tuż przed seansem nie przeczytał po raz drugi powieści Rowling, w ogóle bym ich nie zauważył.  Nie znalazła się w tym filmie na przykład scena pożegnania z Dursleyami (bardzo dobrze) czy intrygująca rozmowa Harry’ego z goblinem i Ollivanderem (choć ta może pojawić się jeszcze w finale siódmej części).  Niektóre sceny zostały odrobinę zmienione (schwytanie przez śmierciożerców, czy zdecydowanie bardzie godna śmierć Hedwigi).  Twórcy dodali również sporo od siebie pokazując wydarzenia, które choć nie zostały opisane w książce, idealnie pasują do tej historii, bo w prosty sposób wyłapują nastrój wydarzeń opisanych na wielu kartach powieści - przemówienie Ministra Magii, wzruszająca i przepiękna scena w której Hermiona opuszcza swoich rodziców i wymazuje samą siebie z ich pamięci, czy taniec Hermiony i Harrego w namiocie.  Nadali również formę opowieści o trzech braciach, która ze zwykłej bajki, czytanki wygłaszanej przez jedną z bohaterek, stała się małym dziełem sztuki, niezwykle prostą, umowną ale przecudowną animacją, która zachwyca pomysłem, perfekcyjnym wykonaniem.  Zdziwiło mnie jedynie miejsce podziału siódmego tomu na dwie części.  Na długo przed seansem myślałem, że nastąpi ono mniej więcej w połowie.  Tak się jednak nie stało i twórcy do pierwszej części siódmego tomu wrzucili ponad dwie trzecie powieści Rowling!  Z początku takie posunięcie wydaje się trochę dziwne, bo przez to w tej części musiano streścić aż 500 stron, a w następnej niewiele ponad 200, ale jest w nim wiele racji  Początek książkowych "Insygniów śmierci" jest bowiem całkiem długi i choć nie ma w nim praktycznie żadnego wstępu, to jednak w pierwszych rozdziałach za dużo się nie dzieje.  Wiele jest rozmów, zastanawiania się co trzeba zrobić, szukania prawdy i kolejnych tropów, które zlewają sie trochę w jeden ciąg scen, w czasie których bohaterowie samotnie przebywając w lasach, od czasu do czasu tylko wyskakując w jakieś ważne miejsce, by sprawdzić kolejny trop. Zakończenie dwudziestego czwartego rozdziału było idealnym miejscem na przerwanie filmu - wielka ucieczka, śmierć jednej z bardziej znanych postaci, obecnej w sadze od drugiego tomu, wytłumaczenie pojęcia "Insygnia śmierci" i tryumf zła, które teoretycznie staje się niezwyciężone.  Idealne miejsce na zawieszenie akcji.

Siódmy tom opowieści o Harrym Potterze był dla mnie ogromnym zaskoczeniem.  Po finale "Księcia Półkrwi" myślałem, że w ostatnim tomie bohaterowie będą po prostu po kolei odnajdywać kolejne Horkruksy, a całość zakończy ostateczne starcie Harrego i Voldemorta.  Rowling poszła jednak w trochę innym kierunku, stawiając swoich bohaterów przed zadaniem prawie niemożliwym.  Bez żadnych wskazówek kazała szukać im kolejnych Horkruksów, co szło im jak po grudzie (do połowy książki nie zniszczyli nawet jednego), a na dodatek przedstawiła kolejne magiczne przedmioty w postać tajemniczych Insygniów Śmierci, które nawet dla doświadczonych czarodziejów były niewiadomą, nieznaną i niemożliwą magią, należącą bardziej do świata baśni i legend.  Rowling zerwała z wypracowanymi schematami z poprzednich ksiąg, zostawiając Hogwart, zastępy bohaterów, skupiając się na beznadziejnej misji jaką miała wypełnić trójka przyjaciół.  I podobnie jak tom siódmy różnił się od sześciu poprzednich książek, tak i jego ekranizacja jest całkowicie inna od poprzednich filmów o Harrym Potterze.  I nie chodzi tutaj tylko o wspomniany wcześniej brak schematu (nowy rok szkolny, pojawiająca sie w tle tajemnica, szczęśliwe rozwiązanie), ale o sposób prowadzenia tej historii.  "Insygnia śmierci" są bowiem filmem niezwykle wyciszonym, spokojnym, niespieszącym się z przedstawianiem kolejnych wydarzeń.  To bardziej poważny dramat z elementami magii, niż film rozrywkowy dla nastolatków.  To film niezwykle skromny, prosty, bardzo wolny.  Niektórzy pewnie powiedzą (szczególnie Ci, którzy nie czytali książki i przyzwyczaili się do hiperszybkiego tempa poprzednich części), że się nawet trochę wlecze.  Jednakże choć z pozoru nie wiele się tu dzieje (szybsze sceny można zliczyć na palcach jednej ręki i wszystkie trwają dość krótko) to twórcom udaje się utrzymać całkiem wysokie napięcie przez cały czas trwania seansu, już od pierwszych jego sekund.  Trzeba pamiętać też, że film ten jest właśnie taki, bo i pierwsze kilkaset stron w powieści również było powolne, przeznaczone w większości na rozmowy, oczekiwanie, w czasie którego bohaterowie nie wiedząc co zrobić, tułali się od miejsca do miejsca.

Podobnie jak kolejne tomy dorastały wraz z czytelnikiem, stając się coraz bardziej mroczne i poważne, tak również z każdą kolejną częścią filmy o Potterze przebijają same siebie, chcąc być czymś więcej niż tylko udaną rozrywką dla młodego widza.  Ekranizacje Pottera nie są bowiem już tylko szybką, prawie teledyskową opowiastką dla nastolatków, od której za wiele się nie wymaga, byleby tylko na ekranie wiele się działo.  Twórcy tak jak autorka powieści traktują widza coraz poważniej, nie idą na łatwiznę i starają się wynieść kolejne odsłony cyklu na wyższy poziom, wnieść je ponad przeciętność.  I udaje im się to z każdym kolejnym filmem coraz lepiej.  Widać to szczególnie właśnie w "Insygniach śmierci", które nie pędzą przed siebie na złamanie karku, które nie  chełpią się widowiskowymi scenami akcji, niezwykłymi efektami specjalnymi.  Są filmem, który przede wszystkim skupia się na bohaterach.  Są filmem, w którym widać niezwykłą dbałość o szczegóły, o stworzenie konkretnej atmosfery, o związanie widzów z bohaterami.  Znalazła się w tej produkcji przeogromna ilość niezwykle nastrojowych scen (genialne zdjęcia Eduardo Serry), pewnych zwolnień skupiających się na bohaterach, ich uczuciach, sytuacji w jakiej się znajdują.  Właśnie przez te małe sceny, przez te krótkie spowolnienia, twórcom udaje się pokazać osamotnienie, zagubienie bohaterów.  Jednakże nawet najpiękniejsze obrazki na nie wiele by się zdały, gdyby nie występujący tu aktorzy, gdyby nie Daniel Radcliffe, Rupert Grint i Emma Watson.  Nie dałoby się bowiem oglądać tego filmu, gdyby nie to, że potrafią oni grać.  Czapki z głów dla osób odpowiedzialnych za casting, które dziesięć lat temu wybierały odtwórców głównych ról, debiutantów, dzieciaki, które nie umiały grać, które dopiero z czasem nabrały umiejętności, po których nie można było przewidzieć jak się rozwiną i czy udźwigną ciężar swoich ról.  Całe szczęście z każdą kolejną częścią są coraz lepsi.  Oczywiście nie jest to aktorstwo najwyższych lotów, ale udaje im sie utrzymać ten film na swoich barkach, bo w gruncie rzeczy przez całe dwie i pół godziny obserwujemy tylko ich - pozostałe postaci pojawiają sie jako tło, dosłownie na kilka minut.

Pierwsze skrzypce tym razem gra Rupert Grint, który zrobił ogromny postęp w stosunku do poprzednich części i jego gra wypada najbardziej naturalnie.  Daniel Radcliffe tym razem od niego odstaje, a najsłabiej wypada Emma Watson choć i ona ma kilka lepszych momentów.  Co najważniejsze spisują się oni idealnie jako trio, jako trójka przyjaciół, którzy zdani wyłącznie na siebie muszą wykonać misję niemożliwą.  Zagubieni, ukrywający się przez całą swoją wędrówkę, próbujący odnaleźć i zniszczyć to, co nie udało się innym.  Rowling decydując się na uśmiercenie Dumbledore'a w szóstej części, nie mogła stworzyć lepszego punktu wyjściowego do ostatniego tomu.  Harry pozbawiony swego mentora został przez to pozostawiony sam sobie, nie mogąc się już zwrócić do nikogo.  W poprzednich częściach zawsze mógł polegać na innych.  W finale pozostał sam, z równie zagubionymi Ronem i Hermioną, musząc stawić czoła temu co nieuniknione, co zbliżało się od tak dawna.  Dlatego też ich wyprawa po kolejne Horkruksy jest zdecydowanie bardziej dramatyczna i trudna.  Muszą poradzić sobie w świecie opanowanym przez Voldemorta, który po śmierci swego jedynego przeciwnika rośnie w siłę, wprowadzając terror w świat czarodziejów.  "Insygnia śmierci" są mroczną opowieścią o zwątpieniu, o czasach tryumfu zła, wstępem do ostatecznej walki dobra za złem.  Filmem równie mrocznym jak jego książkowy oryginał, choć twórcy starają sie jak mogą by go trochę rozluźnić, by nie pogrążyć się w całkowitym mroku.  Stąd też sporo tu wstawek komediowych, w postaci słownych żartów czy nasączonych humorem całych scen (wizyta w Ministerstwie), płynnie połączonych z pozostałymi wydarzeniami, które rozluźniają trochę atmosferę, pozwalają trochę odpocząć.  Jeśli ktoś ginie, to najczęściej poza kadrem lub w oddali, choć i tak trup (już) ściele się gęsto.  Na końcowe starcie przyjdzie nam niestety jeszcze trochę poczekać.  I choć mam mały niedosyt po tej części, już teraz z wielką chęcią obejrzałbym zakończenie sagi, wielką bitwę, której zostanie poświęcona odpowiednia ilość czasu. Dobrze się jednak stało, że siódmy tom został podzielony.  Dzięki temu opowieść o Harrym Potterze, chłopcu, który przeżył, zostanie zakończona z należytym szacunkiem dla książkowego oryginału.

PS „Twilight is fine, better actually”. Świetny żart ;D

sobota, 20 listopada 2010, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
ratyzbona
2010/11/20 18:38:27
Ha! myślałam że tylko zwierza to zdanie rozbawiło. Świetna recenzja - zgadzam się w 100%
-
szymalan
2010/11/20 19:22:23
heh, żart świetny, u mnie się też tylko kilka osób zaśmiało (resztę stanowiły 14-19 latki).

A co do filmu, jak już zapewne wiesz (bo widzę, że odwiedziłeś bloga)- nie wszystko mi się podobało, nie miałem już takiego poczucia, że reżyser panuje nad każdym detalem niczym w HP6, czy że narracja jest tak perfekcyjnie przemyślana- ale bilans i tak jest na szczęście na plus.
Trzaskam Allahy dla tego, kto wpadł na pomysł, żeby zrobić z jednej z istotnych scen animację i poza tym , zgadzam się głównie z większością zalet, które wymieniłeś (aktorstwo młodych- zwłaszcza Grinta, przepiękne zdjęcia, dobry cliffhanger na koniec). W sumie jako osobne dzieło może broni się toto średnio, ale biorąc pod uwagę to, co nas dopiero czeka, to warto dziś mu z pewnością dać szansę. Ode mnie 7/10 (póki co).
pozdrawiam
-
Gość: Mike, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/11/20 20:56:46
Po pierwsze, chciałem zauważyć, że tekst bardzo mi się podoba! Właśnie Twój styl pisania każe mi tu wracać i czytać kolejne wpisy. Gratuluję swobody i lekkości w pisaniu. :)

Co do samego filmu, to Twój wpis w pełni oddaje również moje emocje związane z tym obrazem. Bardzo podobał mi się panujący tutaj klimat i niespieszne prowadzenie akcji. Pamiętam, że książka też taka była i niezmiernie podobało mi się, że "siódemka" jest tak wierną adaptacją. Właśnie dlatego nie mogę się już doczekać "części II". Pamiętam bowiem jak ciekawie wyglądała akcja w książce. Patrząc po tym, co twórcy zaprezentowali w "jedynce", w "part II" może być naprawdę epicko. ;)

Co do podziału filmu, to mi również bardzo podobało się, że zakończyli w takim, bardzo dramatycznym momencie. Idealnie zwieńcza on dzieło, które ukazuje świat w beznadziei i jeszcze bardziej potęguje to wrażenie. Wydaje mi się, że rozmowa z Olivanderem o której wspominasz jest dobrym miejscem na rozpoczęcie "drugiej odsłony" i sądzę, że pojawi się w którejś z pierwszych scen.

Co do żartu, to ja też go wychwyciłem i również uważam go za bardzo zabawny. :) Zwłaszcza, że jest celowym zabiegiem twórców, bo w oryginale (właśnie to sprawdziłem) jest inaczej: ("Przepraszam, po prostu uważam, że "o północy" brzmi trochę straszniej!"). Także zdecydowanie na plus trzeba zaznaczyć scenarzyście takie poczucie humoru. ;)

To już chyba wszystko czym chciałem się podzielić!
Pozdrawiam serdecznie! :)
-
maethi
2010/11/21 09:50:24
Na ten moment, krótki komentarz tylko. Zgadzam się co do oceny aktorskiej - Rupert Grint naprawdę przewyższył kolegów z ekranu i zagrał na bardzo wysokim poziomie! Reszta też dobrze.

Generalnie uważam, że Insygnia są dobre, ale nie super. Są bardzo dobrą zapowiedzą tego co będzie dalej. Jeszcze dziś i ja zrecenzuje Pottera :)

P.S
Miałeś rację z Williamsem ;), chyba za szybko go tam wcisnąłem.
-
pemberley
2010/11/21 11:59:19
W dubbingu ( niemieckim :((() ten żarcik przeszedł bez echa, dopiero teraz przeczytałam, że coś było:(

Yates jest dla mnie dobrym rzemieślnikiem, robi dobre filmy, niekiedy nawet bardzo grzecznie, ale w Harrym Poterze zamiast magii są po prostu efekty- niesprzecznie imponujące. Jedynym filmem z tego cyklu, który stwarzał to złudzenie innego, magicznego świata to dla mnie kreacja Curaona (wiezien Azkabanu) mimo dość słabej końcówki.

W 7/1 wejście było rewelacyjne, ale potem miałam częste wrażenie rozciąganie flmu na siłę, np. uciekanie po lesie można by było skrócić.
-
milczacy_krytyk
2010/11/21 16:39:27
"Trzaskam Allahy" Czegoś takiego jeszcze w życiu nie słyszałem :D
-
milczacy_krytyk
2010/11/21 16:47:03
do Mike:
Dzięki za miłe słowa :] Cieszę się, że dobrze czyta się te notki , bo podczas pisania niektórych mam czasem wrażenie, że sam bym przez nie przebrnął, rezygnując po pierwszym akapicie :D

Również jestem bardzo ciekawy "Part 2", szczególnie końcówki, która w książce była bardzo zakręcona. Ciekawe jak Kloves i Yates sobie z nią poradzą, może być różnie.

Podobno rozmowa z Ollivanderem i goblinem jest widoczna na zwiastunach (jeden z użytkowników filmwebu zwrócił mi na to uwagę), więc miejmy nadzieję, że faktycznie pojawi się na początku kolejnego filmu. Pamiętam, ze była ona jednym z najbardziej intrygujących momentów w książce.

Pozdrawiam :)
-
milczacy_krytyk
2010/11/21 16:51:44
do maethi:
Pewnie zasugerowałeś się obsadą na filmwebie, gdzie wymieniony jest również Williams. Niestety ale na filmweb sporo jest takich błędów wynikających z tego, ze ludzie dodają obsadę tuż po ogłoszeniu danej produkcji, by nałapać sobie punktów, a później nikt nad tym nie panuje i nawet gdy aktor czy właśnie kompozytor rezygnuje z konkretnego projektu i tak zostaje w dziale "pełna obsada"
IMDb jest zdecydowanie bardziej wiarygodnym źródłem :]
Pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2010/11/21 16:58:03
do pemberley:
Oglądałaś Harrego z dubbingiem? Do tego niemieckim? OMG! Współczuję. W Polsce całe szczęście pojawiły się wersje z napisami. W innym wypadku nie wybrałbym się do kina.

Dla mnie również ekranizacja Cuarona jest najbardziej magiczna i jak na razie najlepsza ze wszystkich jakie powstały. Ale może to też dlatego, że właśnie "Więźnia Azkabanu" lubię najbardziej ze wszystkich powieści Rowling.

Tylko, ze gdyby twórcy skrócili tę campingową część filmu, to pojawiłyby się (słuszne) zarzuty o zbyt wielkie skracanie filmu. A ponieważ na pierwszych kilkuset stronach książki również są dłużyzny to automatycznie znalazły się one i w filmie.

Pozdrawiam.
-
ratyzbona
2010/11/21 17:29:01
Powinni gdzieś zapisać że filmy w których występuje Alan Rickman nie mogą być dubbingowane:) Ale właśnie tak mi przyszło do głowy że to klątwa Pottera - film już dawno nie jest dla nie czytających dzieci a oni go ciągle dubbingują jak produkcję familijną. Co do dłużyzn to może ja jestem jakaś inna ( czego nie wykluczam) ale zupełnie ich nie wyczułam - miałam natomiast po raz pierwszy wrażenie że fabuła się rozwija zamiast się non-stop rwać ( jak np. w szóstej części). Co do zwiastuna - to zawiera on sceny z OBU części więc za niczym nie należy jeszcze płakać.
-
maethi
2010/11/21 18:31:11
Było dokładnie jak mówisz ;). Zazwyczaj sprawdzam dokładnie, ale szybko chciałem wrzucić te recenzję i taki farfocel poszedł.

Jeszcze do komentarza i swojej recenzji, a trochę na obronę Yatesa (choć chyba bardziej Klovesa) to na plus zasługuje to, że jak na taką obfitość wydarzeń w książce, udało im się to w przyjazny i ciekawy sposób zobrazować.
-
milczacy_krytyk
2010/11/21 20:48:49
Generalnie rzecz biorąc dubbing w filmach aktorskich to zło i powinno się go zakazać. Kto to widział by zabierać aktorowi przynajmniej połowę jego umiejętności i podkładać głosem kogoś innego, jeszcze w taki sposób, że na pierwszy rzut oka (a raczej pierwsze wsłuchanie się) widać, że głos nijak się ma do postaci. Okropność.

Faktycznie ta część jest bardziej płynna i kolejne wydarzenia bardziej wynikają z poprzednich, niż to miało miejsce w poprzednich ekranizacjach, które często przypominały zlepek oddzielnych scen. Choć niestety muszę się zgodzić z głosami o występujących w tej części dłużyznach. Niektóre wydarzenia trochę bym jednak przyspieszył, bo chwilami miałem ochotę się powiercić w fotelu. Niewielką ale jednak. Ale z dwojga złego wolę już to wiercenie, niż załamywanie rąk przez zbytnie skróty i cięcie historii. :]
Pozdrawiam
-
szymalan
2010/11/21 20:51:45
O, muszę zaprotestować :D Fabuła w szóstce rwana? Nie wiem czy bym się zgodził - właściwie od sceny na stacji metra na początku każda kolejna jest wynikiem sceny poprzedniej (po raz pierwszy i ostatni mamy tak dokładnie zobrazowany przyjazd i wejście do Hogwartu). To właśnie HP6 jest dla mnie przykładem filmu z narracją dla tej serii idealną i 1:1 pokrywająca się z narracją książkowa (cały film budowany z pomniejszych detali, a wszystko się rozstrzyga w finale). Całość ma swój własny rytm, spokojnie sobie płynie aż do napisów końcowych.

To w Insygniach miałem takie wrażenie, że cały czas przeskakujemy po różnych wydarzeniach (ile tu jest tych początków w sumie?). W dodatku wyraźnie odczułem , że film nie ma swojego rytmu w ogóle- raz zwalnia całkowicie, za chwilę szarpie i robi jakieś wywijasy z kamerą. Takie to bez koncepcji- wydarzenia po prostu po sobie następują,a potem nagle, ciach, the end.

Chciałbym się mylić, ale no nic zobaczymy w lipcu, będzie już wszystko jasne.

"Czegoś takiego jeszcze w życiu nie słyszałem :D"

Ale przynajmniej teraz przeczytałeś xD Musi być ten pierwszy raz :D
-
milczacy_krytyk
2010/11/21 20:51:54
Spoko loko, każdemu się zdarza. ;) Ja ostatnio ciągle przekręcam nazwiska aktorów, pisząc o jednym, myśląc o drugim i wychodzą z tego jakieś dziwne nowe osoby :D
Pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2010/11/21 21:08:45
Prawdę powiedziawszy nie pamiętam już dokładnie poprzedniego filmu Yatesa, więc nie mogę powiedzieć czy się zgadzam czy nie (co nie za dobrze świadczy o mojej pamięci, przecież film ten był wyświetlany w zeszłym roku). Z resztą przed każdą kolejną częścią czytam książki co by sobie przypomnieć o co w nich chodziło, stąd już w ogóle nie jestem w stanie powiedzieć, jak wyglądał film, bo miesza mi się z powieścią.

Swoją drogą mam taki plan by po premierze ostatniej części obejrzeć wszystkie filmy jeszcze raz, jeden po drugim i zobaczyć czy tworzą jedną całość, tak jak książki Rowling i czy bez przypominania sobie powieści da się je zrozumieć.

Co do "Insygniów" to ten ich brak rytmu, choć może wynika z mniej udanej pracy twórców, to jednak idealnie pasuje do samej historii, świetnie oddając zagubienie bohaterów, to jak błądzą bez planu nie wiedząc za bardzo co dalej zrobić. Stąd raz akcja zwalnia niemiłosiernie bo wyczerpują wszystkie możliwości ruchu, by wnet znów przyspieszyć bo komuś coś wpadnie do głowy. Mi to aż tak bardzo nie przeszkadzało, książka również miała swoje wolniejsze i szybsze momenty.

To prawda, i będą to długo pamiętał :p
Pozdrawiam :]
-
szymalan
2010/11/21 22:18:28
No ja właśnie tuż przed premierą zrobiłem taki mały myk i w jakieś 2 tygodnie obejrzałem sobie wszystkie Pottery jeszcze raz , więc jestem bardzo na świeżo i stąd bronie tego "Księcia" aż mi sił i argumentów wystarczy :D Tym bardziej, że wrażenia miałem dokładnie takie same jak w kinie- świetnie wyważone tempo, emocjonująca końcówka, dużo dobrego humoru.
Najprawdopodobniej masz rację pisząc, że "Insygnia" może po prostu takie miały być- takie poszarpane, trochę niepokorne. Książkę czytałem raz i to już dawno, więc szczerze mówiąc nie pamiętam z niej dużo, po za tym, że mi się cholernie podobała, najbardziej z wszystkich :D Film oglądałem w towarzystwie cały czas rozchichotanych dziewcząt (śmierć Zgredka- haha! na cały głos :|) i nieustannych , rozpraszających pielgrzymek do wyjścia i do WC. Nie mówiąc o tym, że na pierwszych dwóch minutach kinooperator zapomniał zgasić świateł na sali i puścić filmu na pełnym ekranie :/

Może obraz Yatesa potrzebuje jednak większego skupienia, żeby nic nie rozpraszało uwagi.
pozdrawiam :)
-
ratyzbona
2010/11/21 23:04:18
Aby upewnić się co do moich sądów obejrzałam części 3-6 w ciągu ostatnich dni - i stoję przy swoim - w 5 i 6 filmie sceny są jak w kalejdoskopie - tu się dzieje jedno tam drugie, tu mamy kawałek filmu obyczajowego tam przygodowego jeszcze gdzie indziej same efekty specjalne - wiele scen zaczyna się jakby w połowie i nie kończy - widać pośpiech i jakąś próbę zmieszczenia wszystkiego - nie ma to żadnego rytmu - przynajmniej dla mnie - oczywiście może nie jestem odpowiednią osobą do oceny bo dla mnie najlepsze we wszystkich filmach zawsze były sceny bez akcji ( takie chyba dziewczęce skrzywienie). To że w Insygniach wydarzenia się rwą jest zgodne z duchem książki i jak słusznie zauważył krytyk spójne z tym co napisała Rowling- naprawdę do 25 rodziału bohaterowie nie mają pojęcia co i gdzie zrobić. poza tym co do kwestii początków to w Potterze 6 też jest ich kilka ( ja naliczyłam trzy) - co do dokładnego przyjazdu do Hogwartu no to raczej zasługa Rowling a nie reżysera
-
szymalan
2010/11/22 16:20:16
"tu się dzieje jedno tam drugie, tu mamy kawałek filmu obyczajowego tam przygodowego jeszcze gdzie indziej same efekty specjalne"

Czyli tak jak w książce. I 100% blockbusterów w historii kina. W HP6 tak btw akcję zredukowano do minimum- czym są te 3-4 krótkie sceny przy tym co jest w Insygniach. A mimo wszystko, to w Hp7 zdarzają się dłużyzny.

"wiele scen zaczyna się jakby w połowie i nie kończy"
które? gdzie widać próbę włożenia wszystkiego, skoro zrezygnowano z tak wielu elementów istotnych w książce (walka finałowa, pogrzeb) że fani znienawidzili za to reżysera o czym już milczący pisał u siebie? gdzie widać pośpiech skoro premierę przesunięto nagle aż o 8 miesięcy?

"takie chyba dziewczęce skrzywienie"
W Księciu prawie w ogóle nie ma akcji (zniszczenie jednego mostu, spalenie jednego domu, jakiś Quiddditch, pojedynek dwóch ludzi w łazience, akcja w jaskini- do kupy by wyszło z max 10 minut całego filmu). W Insygniach co chwilę jest jakaś scena walki lub pościgu (na początku cała ta akcja trwa z dobre 5 minut).

"co do dokładnego przyjazdu do Hogwartu no to raczej zasługa Rowling a nie reżysera"

Rowling nie pisała scenariusza. Scenariusz pisał Steve Kloves. A więc zasługa należy tylko i wyłącznie do niego, bo on mógł z materiałem Rowling zrobić co chciał, tak jak zrobił co chciał w "Czarze Ognia" i całkowicie zignorował spójność 1 aktu filmu, wyrzucając z książki wszystko poza ogólnikami.

pozdrawiam

Ps Początków w Hp6 jest 2 (prolog z Śmierciożercami+scena w Metrze- potem się wszystko rozwija dokładnie liniowo od tej sceny bez żadnych skoków). w Hp7 są co najmniej 4 (przemowa ministra, montaż pożegnania z rodzinami, spotkanie u Malfoyów, przybycie Moodyego i reszty na PD 4).
-
milczacy_krytyk
2010/11/22 19:25:58
do szymalan:
Insygnia są Twoją ulubioną książką? Ciekawe. Dla mnie zdecydowanie najlepszą częścią o Potterze jest "Więzień Azkabanu" (również trzecia ekranizacja wydaje mi się dotąd najlepsza), później "Książę Półkrwi" i dopiero wtedy "Insygnia śmierci". Prawdę powiedziawszy finał opowieści o chłopcu, który przeżył trochę mnie rozczarował.

Współczuję takich warunków w kinie. Strasznie niszczą one seans i nie wiadomo jakby się człowiek starał nie zwracać na nie uwagi i tak zostaje jakiś niesmak.
Może na spokojnie już bez tych śmiechów chichów dookoła, ta części spodoba Ci się jeszcze trochę bardziej :)

Pozdrawiam
-
szymalan
2010/11/23 01:03:02
Pamiętam, że tak- "Insygnia" wywołały we mnie chyba najwięcej wrażeń i zaskoczeń (ta cała odyseja przez historię różnych postaci, przez wszystkie ważne miejsca z poprzednich częsci+ wybuchowy finał), choć znakomicie wspominam też "Zakon Feniksa" (najgrubszy, a najszybciej chyba go wchłonąłem).

Z adaptacji filmowych to "Książę Półkrwi", świetny "Więzień Azkabanu" Cuarona i hmm no chyba jednak "Kamień Filozoficzny" - to jednak ewidentnie film mojego dzieciństwa (nie pytaj ile razy widziałem, bo sam się boje tej liczby) :D
pozdrawiam
-
ratyzbona
2010/11/23 01:22:18
Wydaje mi się że co do oceny 6 części po prostu się nie zgodzimy. Niezależnie od tego co napiszesz ja uważam ten film za nie udany - tobie się podobał - nie jest chyba możliwe byś mnie racjonalnymi argumentami przekonał do tego bym go polubiła. Wspomniałam że opis przyjazdu do Hogwartu jest zasługą Rowling bo ona napisała książkę tak że nie za bardzo można było te elementy pominąć - z całym szacunkiem dla scenarzystów nie wymyślają oni akcji jedynie mniej lub bardziej sprawnie przenoszą język książki na język filmu ( nie umniejszam ich zasług jedynie wskazuje że trudno uznać ich za twórców fabuły)
Co do książek to istnieje ogólna zgoda że np. Więzień Azkabanu jest najlepszą książką i ekranizacją choć ja np. najbardziej lubię Czarę Ognia ( zarówno film jak i książkę) i za nic mam opinie że to tom nieco mniej udany.
-
milczacy_krytyk
2010/11/23 16:53:25
To ile razy widziałeś pierwszą część? :D
Co do "Insygniów" to faktycznie, Rowling świetnie udało się wrzucić do tej części chyba wszystkie postaci jakie pojawiły się w poprzednich sześciu tomach i przeprowadzić bohaterów przez najważniejsze miejsca i to bez uczucia przepychu czy takiej wymuszonej konieczności. Mi się w tym tomie najbardziej podobało to, że pokazała Dumbledore'a z trochę innej strony, trochę odczarowując jego postać, a także, że bohaterowie musieli się zmagać z magią wykraczającą poza sztuczki znane nawet najznamienitszym czarodziejom, trochę błądząc we mgle. Dzięki temu do końca nie dało się przewidzieć jak ta opowieść się zakończy.
Ale i tak największy opad szczęki zaliczyłem przy trzecim tomie :]

Pozdrawiam
-
szymalan
2010/11/23 18:29:10
"Wydaje mi się że co do oceny 6 części po prostu się nie zgodzimy"

Oczywiście, ja nie usiłuję Cię przekonywać do zmiany zdania czy coś w tym stylu- rzecz jasna ;) Ale podyskutować chwilkę na blogach nie zaszkodzi, czyż nie? :]

"To ile razy widziałeś pierwszą część? :D "

Ja sam nie wiem xD W pewnym momencie człowiek traci rachubę :D Ale sporo.

Co do reszty komentarza zgadzam się w 100% Mnie też te wszystkie elementy ruszyły w finałowej książce. Ale szczerze planuję przeczytać wszystkie części jeszcze raz- bo tych starszych w stylu "Więźnia" właśnie czy "Czary" to już prawie nie pamiętam, poza ogólną fabułą którą mam na bieżąco dzięki filmom. A książki Rowling to na pewno mnóstwo smaczków, detali i właśnie dla nich chciałbym sobie powtórzyć tę serię.
pozdrawiam
-
Gość: Mike, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/11/26 13:26:26
- szymalan
"A książki Rowling to na pewno mnóstwo smaczków, detali i właśnie dla nich chciałbym sobie powtórzyć tę serię",
Ja też poważnie zastanawiam się czy tego nie zrobić. Zwłaszcza, że w książkach nie tylko detali jest więcej. Tam jest dużo więcej o całe segmenty akcji, czy znaczących rozmów więcej. Najlepiej widać to na "piątce", którą skrócili przecież najbardziej. To, co pokazuje film, to taka "szybka przebieżka" po tym, co opisywała książka.

Ostatecznie jednak książka i film to dwa oddzielne media. Powoli zacząłem się przekonywać do tych zmian wprowadzonych przez scenarzystów. Choć i tak, jak na razie najbardziej podoba mi się "part 1", właśnie z powodu swojej wierności i doskonałego oddania klimatu pierwowzoru.
(Książkową "trójkę" też uważam za najlepszą. Do filmu przekonuję się coraz bardziej, ale nadal przeszkadzają mi różnice względem mojej wizji (Syriusz, wilkołak)).

Tym razem tyle!
Pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2010/11/27 00:22:19
do szymalan:
Mi się udało przypomnieć wszystkie części książkowego Pottera przed przeczytaniem siódmego tomu. To znaczy tuż przed jego premierą przeczytałem sześć poprzednich części i z takim podkładem, pamiętając (prawie) wszystko, przystąpiłem do ostatniego tomu. Warto zrobić sobie taki mały maraton, bo dzięki niemu jeszcze dokładniej widać jak przemyślana jest ta opowieść i jak bogata w szczegóły.
Pozdrawiam :)
-
milczacy_krytyk
2010/11/27 00:26:33
do Mike:
W tym właśnie tkwi problem ekranizacji. Każdy sobie książkę wyobraża trochę inaczej i później to co widzimy na ekranie nie zawsze przystaje do naszych oczekiwań. Choć i tak ekranizacje powieści Rowling na tym polu radzą sobie świetnie, i nawet jeśli wprowadzane są jakieś zmiany, to nie są całkowicie nieudane lub bezsensowne. Całe szczęście, ze za przeniesienie tej sagi na ekran wziął się Warner, a nie np. taki Fox. Wątpię, czy wtedy dałoby się oglądać te filmy z taką przyjemnością i czy prezentowałyby tak wysoki poziom jak obecnie.
Pozdrawiam
-
Gość: Mike, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/11/27 12:08:18
Takie już prawo ekranizacji, nie da się ukryć.

Mimo tych różnic w wizji, kupuję to, co zrobili poszczególni reżyserzy. Podoba mi się ich kreacja. Po powtórnych seansach przekonałem się nawet do zmian wprowadzonych przez scenarzystów w "piątce" i "szóstce".
To właśnie w tych dwóch najlepiej widać różnice wynikające z medium, w jakim opowiadana jest historia. Uważam jednak, że adaptacje rzeczywiście "dają radę" i potrafią pobudzić emocje. Także ogólnie oceniam je na plus. :)

Co do kwestii wytwórni, to może rzeczywiście masz rację z tym, że Warner robi to w doskonały sposób, a inni mogliby nie podejść do tego już z taką prezycją. Mi chyba najbardziej podoba się to, że we wszystkich częściach występują w większości aktorzy brytyjscy. Ciekawe czy gdyby inne studio było odpowiedzialne za produkcję, też zdecydowałoby się na taki (wyjątkowo trafny!) krok?

Jeśli idzie o książki, to ja natomiast robiłem tak, że przed każdym nowym tomem, czytałem tom poprzedzający.
I w pełni się z Tobą zgadzam - spójność tej historii jest powalająca. Rowling udało się w pełni zapanować nad światem przedstawionym i wszystkie elementy spiąć w spójną, intrygującą całość. To jeden z powodów, dzięki któremu tak świetnie czyta się jej książki. :)

Pozdrawiam serdecznie! :)