Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Pozwól mi wejść

let her in

Pozwól mi wejśćPozwól mi wejść (2010) USA, Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: Matt Reeves
aktorzy: Kodi Smit-McPhee, Chloe Moretz, Richard Jenkins, Sasha Barrese, Dylan Kenin, Chris Browning, Dylan Minnette, Jimmy 'Jax' Pinchak, Rowbie Orsatti, Seth Adkins, Cara Buono, Elias Koteas, Ritchie Coster
muzyka: Michael Giacchino
zdjęcia: Greig Fraser
montaż: Stan Salfas

na podstawie: filmu "Lat den rätte komma in" Tomasa Alfredsona i powieści "Wpuść mnie" Johna Ajvide Lindqvista

 (7,5/10)

Gdy po raz pierwszy usłyszałem ze powstaje remake bardzo udanego szwedzkiego horroru "Lat den ratte komma in" byłem przerażony.  Nie wyobrażałem sobie zupełnie jak ta smutna opowieść o przyjaźni męczonego w szkole dwunastolatka do bladej dziewczynki zostanie przedstawiona przez amerykańskich twórców.  Byłem wręcz przekonany, że nic dobrego z tego nie wyjdzie i po seansie pozostanie niesmak zmarnowanego potencjału, a co gorsza zniszczonej oryginalnej historii.  Obawiałem się bardzo, że z tej opowieści, której zdecydowanie bliżej było do dramatu niż pełnego horroru, zostanie jedynie rozbryzgująca się wszędzie krew i tanie sposoby na straszenie popcornowej publiczności, która od faktycznego przerażenia woli jednorazowe podskoki na kinowym fotelu.  Obawiałem się wielkich zmian, nastawienia na szokowanie, efekciarstwo w które tak uparcie brną kolejne amerykańskie horrory i całkowite zatracenie sensu tej smutnej historii.  Moich wątpliwości nie rozwiała osoba reżysera i jednocześnie scenarzysty - Matta Reevesa, którego znałem dotychczas z bardzo udanego ale efekciarskiego "Cloverfield", ani pierwsze zwiastuny, które zapowiadały rozbuchaną kopię oryginału.  Po seansie mogę jednak z ulgą napisać, że moje obawy się nie sprawdziły, a film ten wyszedł reżyserowi znakomicie.  Na tle innych amerykańskich remake'ów kina grozy to moim zdaniem najlepsza przeróbka od czasu perfekcyjnego "The Ring" z Naomi Watts.  Jeśli natomiast spojrzeć na nią jak na oddzielną produkcję, przymykając oko na jej szwedzkie korzenie, to okazuje się, że Reevesowi wyszedł jeden z najciekawszych i najbardziej udanych amerykańskich horrorów ostatnich kilku lat.  Film smutny, straszny, intensywny, chwilami nawet piękny. 

 

"Let Me In" to prawie kalka szwedzkiego "Lat den ratte komma in".  Prawie robi jednak wielką różnicę i choć film ten opowiada dokładnie taką samą historię jak oryginał, to Reeves wprowadził do niej kilka drobnych zmian, które choć nie zmieniają kierunku w jaki podąża ten film, to wpływają na wydźwięk poszczególnych scen.  Całe szczęście i jest to też spore zaskoczenie na plus, zmiany te w większości są korzystne i poprawiają to, co w oryginale nie było perfekcyjne lub co pozostawiało po sobie pewien niedosyt.  I tak, zamiast sceny zabójstwa na basenie mamy niesamowitą, rewelacyjnie nakręconą scenę wypadku samochodowego, widzianą z wnętrza dachującego samochodu.  Całość rozpoczyna się w trochę inny sposób niż oryginał, bo pokazując prawie zakończenie tej historii, przez co pierwsze sceny są bardzo intrygujące i zaostrzają apetyt.  Ponadto zmieniły się nieznacznie ofiary kolejnych zabójstw, ale wyszło to również na korzyść, bo są one bliższe głównemu bohaterowi i głównej historii.  Nie wiem jak to napisać, by nie zdradzać za wielu szczegółów z fabuły, ale mam wrażenie, że przez te wszystkie drobne poprawki obraz Reevesa jest jakby… pełniejszy.  To właśnie dzięki takim małym poprawkom relacja dwunastoletniej Abby z jej opiekunem została przedstawiona w bardziej szlachetny sposób, a przyjaźń jaka połączyła ją z Owenem, nabrała drugiego dna i bardziej tłumaczy ostatnią scenę jaką widzimy w filmie, zdecydowanie mroczniejszą niż w oryginale. 

 

Pozostałe wydarzenia są niebywale podobne do tych, które mogliśmy oglądać w szwedzkiej wersji, chwilami sprawiają wrażenie wręcz kopii.  Obraz Reevesa choć zabójczo podobny do filmu Tomasa Alfredsona bezpośrednią kopią jednak nie jest.  To autorskie spojrzenie na tę samą historię, na tę samą powieść, czerpiące bardzo wiele z poprzedniego filmu, ale nie bojące się dodać czegoś nowego lub innego od siebie.  Spojrzenie równe ciekawe, interesujące i poruszające co oryginał.  "Let Me In" nie jest horrorem do którego przyzwyczaili nas Amerykanie.  Czuć w nim europejskie korzenie, czuć trochę inny klimat, inny sposób prowadzenia opowieści, budowania napięcia i straszenia.  Za Atlantykiem takich filmów się z reguły nie kręci, dlatego tym bardziej spore brawa należą się Reevesowi i producentom, że nie poszli na łatwiznę i z chęci przypodobania się publiczności nie zepsuli tej historii.  Że nie dodali do tego filmu większej ilości krwi, akcji, że nie zatracili gdzieś w tłumaczeniu duszy tej opowieści.  Wcale się teraz nie dziwię, że na amerykańskich forach i w video recenzjach można było usłyszeć głosy mówiące, że film ten jest nudny, zbyt rozciągnięty i że nie wiele się w nim dzieje.  I całe szczęście, że przez niektórych będzie właśnie tak błędnie określany, bo dzięki temu Ci, którym podobał się oryginał i Ci, którzy preferują mroczne ale spokojne kino, będą usatysfakcjonowani z seansu.  "Let Me In" to bowiem obraz nakręcony z wyczuciem, nastawiony na atmosferę, budowanie odpowiedniego klimatu, szukający pięknych zdjęć, starający sie być czymś więcej niż tylko opowieścią z dreszczykiem.

 

"Let Me In" to obraz, który świetnie sprawdza się jako osobna produkcja i jest to chyba najlepsza pochwała jaką może otrzymać remake.  Bo choć widziałem oryginał, a niedawno skończyłem czytać powieść Lindqvista, to i tak z wielką ochotą obejrzałem tę produkcję.  Bo film Reevesa wciąga, intryguje, trzyma w napięciu, a chwilami nawet wzrusza.  To smutna, bardzo spokojna i powolna opowieść, która pomimo iż wiadomo jak się rozwinie, przykuwa do ekranu i nadal interesuje.  To film świetnie nakręcony, dbający o szczegóły i co najważniejsze perfekcyjnie zagrany przez dwójkę młodych aktorów - Kodi Smit-McPhee i Chloe Moretz, którą chyba wszyscy pamiętają z nieprawdopodobnej roli w "Kick-Ass".  Świetna jest też w tej produkcji muzyka Michaela Giacchino, która konsekwentnie buduje niepokojący, mroczny klimat, towarzyszy cały czas bohaterom tej opowieści, świetnie buduje napięcie i wzmacnia poszczególne sceny.  Jest delikatna, spokojna, smutna ale gdy trzeba staje się mrożącym krew w żyłach podkładem.  I w gruncie rzeczy jedyne do czego mogę się w tym remake'u przyczepić, to zbyt wiele efektów specjalnych.  Bo choć Reeves nie epatuje sztucznymi obrazami to jednak w scenach takich jak polowania Abby widać dokładnie, że one tam jednak są. Zupełnie niepotrzebnie.  Bo po co też widzieć nam bohaterkę poruszającą się w nienaturalny sposób, niczym Gollum czy inne stworzenie wygenerowane przy pomocy komputerów? Całe szczęście takich scen nie ma wiele, można je zliczyć na palcach jednej ręki, ale i tak psują one trochę wrażenia z seansu.  Suma summarum, bardzo udanego.

P.S. Bardzo podobało mi się, że ani razu nie zobaczyliśmy twarzy matki Owena.  Jest ona jakby bezimiennym tłem, kimś kto istnieje, ale nie zostaje nam ani razu przedstawiony, bo zdecydowanie ważniejszy jest Owen i jego relacja z Abby.  Świetny pomysł.

piątek, 22 października 2010, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
mierzwiak
2010/10/23 23:05:33
Nie chcę wydawać osądów, bo remake'u nie oglądałem i być może w ogóle nie obejrzę, ale uderzyło mnie jedno zdanie w twojej recenzji:

"To autorskie spojrzenie na tę samą historię..."
Gdyby to było autorskie spojrzenie, Reeves nie kopiowałby oryginału, a - sądząc po trailerach i scenach z filmu - właśnie to zrobił i dodanie kilku rzeczy od siebie niczego nie zmienia, a już na pewno nie czyni tego remake'u autorskim spojrzeniem na szwedzki oryginał.

"Bardzo podobało mi się, że ani razu nie zobaczyliśmy twarzy matki Owena"
Reżyser musiał oglądać kreskówkę "Krowa i kurczak" : )
-
milczacy_krytyk
2010/10/24 16:49:56
Moi zdaniem czyni, bo przez te kilka zmian, przez rozłożenie trochę inaczej akcentów, ten film jest jednak inny. Tak, to ta sama historia. Tak, wiele scen jest prawie kopią szwedzkiego filmu, ale jednak remake jest inny. Właśnie przez te drobne zmiany zmienia się nieznacznie, ale jednak wydźwięk tej historii. Trudno to wytłumaczyć bez zdradzania szczegółów.

"Reżyser musiał oglądać kreskówkę "Krowa i kurczak""
Coś w tym musi być :D
Pozdrawiam
-
Gość: ajar, *.internetdsl.tpnet.pl
2010/10/25 17:01:27
O kurczę! nie wiedziałem, że jest druga wersja tegoż filmu. Świetnie. Będzie można porównać, do doskonałego skandynawskiego kina.
-
milczacy_krytyk
2010/10/25 17:35:51
Jest, jest. Właśnie w piątek weszła do kin :)