Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Kandydat

listen...

KandydatKandydat (2004) USA

reżyseria: Jonathan Demme
scenariusz: Daniel Pyne, Dean Georgaris
aktorzy: Denzel Washington, Meryl Streep, Liev Schreiber, Kimberly Elise, Vera Farmiga, Jon Voight, David Keeley, Jeffrey Wright, Simon McBurney, Paul Lazar, Alyson Renaldo, Adam LeFevre, Robyn Hitchcock, Pablo Schreiber, Jude Ciccolella, Tom Stechschulte, Anthony Mackie, Joaquin Perez-Campbell, Teddy Dunn, Jose Pablo Cantillo, Dorian Missick, Tim Artz, Dean Stockwell, Bruno Ganz, Ted Levine, John Bedford Lloyd
muzyka: Rachel Portman
zdjęcia: Tak Fujimoto
montaż: Carol Littleton, Craig McKay

 (5/10)

Są takie filmy, które się nie starzeją, po których nie widać upływu czasu.  Których sposób kręcenia, przedstawienia danej historii prawie zupełnie nie różni się od tego, jakim obecnie posługują się filmowcy.  Filmy, choć zostały nakręcone wiele lat temu, mamy wrażenie, że powstały dosłownie niedawno.  Filmy, które i dziś robią tak duże wrażenie jak kiedyś.  Ten film taki niestety nie jest.  Co więcej jest z nim zupełnie na odwrót.  Bo choć „Kandydat” został nakręcony w 2004 roku, czyli stosunkowo niedawno, to podczas seansu miałem wrażenie jakby powstał we wczesnych latach dziewięćdziesiątych.  Jego sposób prowadzenia akcji i filmowania jest jakby cofnięty w czasie.  Zamierzenie, niezamierzenie nie mam pojęcia, wyszło to jednak fatalnie.

Nie zwróciłbym uwagi na ten obraz, gdyby nie udział w nim mojej ulubionej aktorki – Meryl Streep.  Meryl gra tutaj niezwykle despotyczną i kontrowersyjną panią senator Eleanor Shaw, matkę kandydującego na urząd vice prezydenta senatora Raymonda Shaw (Liev Schreiber), który w latach dziewięćdziesiątych był na wojnie w Kuwejcie i wrócił z niej jako bohater narodowy, ratując z zasadzki swoich współtowarzyszy.  Po latach jeden z nich (Denzel Washington) zaczyna miewać sny mówiące o tamtym okresie z których można wywnioskować, że prawda nie jest do końca taka, jaką przedstawiło ją wojsko w oficjalnej wersji wydarzeń.  Żołnierze mieli zostać bowiem wg niego poddani praniu mózgu, przez które zapamiętali tamte wydarzenia w inny sposób, a Raymond niezasłużenie został bohaterem.  Nikogo chyba nie zdziwi jeśli napiszę, że Meryl gra tutaj perfekcyjnie i za każdym razem gdy pojawia się na ekranie, napięcie gwałtownie się podnosi, a film nabiera rumieńców.  Oczywiście nie jest to jej najlepsza, ani nawet jedna z lepszych ról, ale i tak Meryl na tle współczesnych aktorek, grając nawet na dla siebie średnim poziomie, osiąga wyżyny aktorstwa. I w gruncie rzeczy tylko o niej mogę w recenzji tego filmu pisać tak optymistycznie.

„Kandydat” to strasznie dziwny film.  A przynajmniej dla mnie okazał się być raczej ciężkostrawny i trudny w odbiorze.  Jakoś w ogóle nie byłem w stanie wciągnąć się w opowiadaną przez twórców historię.  Strasznie denerwowały mnie liczne najazdy kamery na twarze bohaterów lub na ważniejsze w danej chwili przedmioty.  Denerwowały mnie na siłę szokujące i udziwnione sceny snów oraz cały ten pojawiający się co jakiś czas wątek z eksperymentami na żołnierzach i szalonym naukowcem, wyjętym jakby z komiksu.  Wątek ten jest jakby wyciągnięty z zupełnie innego filmu i kompletnie nie pasuje do pozostałej całkiem poważnej części tej produkcji.  Bo cały czas przeplatają się tutaj dwie historie – jedna byłego żołnierza, który na własną rękę dochodzi prawdy o tym co się wydarzyło kilka lat temu oraz druga, młodego senatora i jego matki, którzy są rządni władzy.  Sęk w tym, że nie potrafią się one ze sobą płynnie przenikać, nie zazębiają się ze sobą na tyle sprawnie, by dało się tę produkcję przyjemnie oglądać. Jedna nie pasuje zupełnie do drugiej, za mało w nich dynamiki, napięcia, które podkręcałoby akcję i przykuwało nas do ekranu.  Całość jest natomiast momentami naciągana, przekombinowana, a w długim bo ponad dwugodzinnym scenariuszu znalazło się też sporo dziur.

I choć teoretycznie od pierwszych scen towarzyszy nam zagadka, to mało w tym filmie jest napięcia.  Wiadomo bowiem od samego początku, że bohater który coś podejrzewa będzie mieć w końcu rację pomimo, że jego podejrzenia są strasznie dziwne i nieprawdopodobne.  Bo choć zachowuje się jak wariat to gra go przecież Denzel Washington, więc automatycznie musi być on „tym dobrym”, jakkolwiek dziwaczne jego przekonania by nie były.  Brakuje ponadto w tym filmie jakichś większych niespodzianek, zaskakujących zwrotów akcji.  Historia posuwa się niespecjalnie szybko bez jakichś zaskoczeń, dążąc cały czas w raczej określonym kierunku.  I dopiero końcówka trochę przyspiesza, podkręca niezbyt wysokie napięcie i jest ciekawsza niż poprzednie wydarzenia, choć niestety za logiczna już nie.  Ponadto została trochę zepsuta przez dodaną w tle piosenkę, która zamiast muzyki ilustracyjnej towarzyszy nam w ostatnich scenach filmu i zamiast jeszcze bardziej budować napięcie, wprowadza tylko niepotrzebną zmianę klimatu i ani trochę nie pasuje do rozgrywających się na ekranie wydarzeń.  Zdecydowanie zmarnowany potencjał.

poniedziałek, 18 października 2010, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
countersv
2010/10/19 09:09:21
Ja miałem bardzo podobne odczucia. Cała ta "nadprzyrodzono-metafizyczna" część filmu była do bani. I szwankowały zdjęcia.
Z oceną się zgadzam, to przeciętny film, z dobrym pomysłem, ale zepsuty zdjęciami i całym tym sennym mambo-jambo.
-
milczacy_krytyk
2010/10/20 00:31:55
Mambo-jambo :D
Jestem bardzo ciekawy czy ten senny wątek był też obecny w oryginale, czy to wymysł amerykanów, co by "ulepszyć" tę historię. Jeśli to drugie, to na własne życzenie zepsuli sobie film.
Pozdrawiam