Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Matka Teresa od kotów

koty mają przeje....

Matka Teresa od kotówMatka Teresa od kotów (2010) Polska

reżyseria i scenariusz: Paweł Sala
aktorzy: Ewa Skibińska, Mariusz Bonaszewski, Mateusz Kościukiewicz, Filip Garbacz, Monika Pikuła, Janusz Chabior, Grzegorz Mostowicz, Małgorzata Łata, Helena Norowicz, Janusz Łagodziński, Łukasz Simlat, Beata Fido, Ewa Szykulska
muzyka: Marcin Krzyżanowski
zdjęcia: Mikołaj Łepkowski
montaż: Agnieszka Glińska

 (6-/10)

„I jaki był film?” – to proste pytanie, zadawane przez osoby, które nie widziały jeszcze jakiegoś obrazu i zastanawiają się czy warto go oglądać. Gdybym miał na nie zwięźle odpowiedzieć po obejrzeniu "Matki Teresy od kotów" powiedziałbym po prostu: „polski”.  Bo w tym jednym, prostym przymiotniku zawiera się wszystko, co można powiedzieć o nowym filmie Pawła Sali. Opisuje on wszystkie jego silne jak i słabe strony, z czego tych drugich jest w moim odczuciu niestety trochę więcej.  Jakie jest obecnie polskie kino? Na pewno lepsze niż jeszcze kilka lat temu.  Rzadko kiedy zdarzają się w nowych produkcjach kiedyś typowe dla niego błędy i niedoróbki techniczne, jak zdecydowanie zbyt ciche dialogi, które ginęły w tłumie innych dźwięków, za ciemne zdjęcia, czy jakby od niechcenia zagrane sceny, tak jakby nie starczyło już taśmy na dokrętki.  Dzięki temu mniej już w rodzimych produkcjach denerwuje rzeczy oczywistych, które po  prostu powinny być zrealizowane poprawnie, powinny być pewnym standardem, o którym się nawet nie wspomina.  Problemem jest jednak nadal egzekucja historii opowiadanych przez twórców.  Bo o ile coraz częściej mają oni coś ciekawego do powiedzenia, to już nie za bardzo wiedzą jak do tematu podejść, jak pokazać go w taki sposób, by był zrozumiały, interesujący i poruszający dla widza.  Bo dobry pomysł i poprawna realizacja to jednak nadal zdecydowanie za mało by tworzyć udane filmy, które chce się oglądać, które wręcz same się oglądają.

I tak jest niestety z "Matką Teresą od kotów".  Film ten nie denerwuje nas przez niepoprawną realizację - udane są tu i zdjęcia i muzyka, które starają się budować posępny, ciężki i przygnębiający klimat.  Broni się on przede wszystkim dzięki świetnym aktorom, którzy rewelacyjnie poradzili sobie ze swoimi rolami.  Zdecydowanie wybijają się Ewa Skibińska jako tytułowa sterroryzowana Matka Teresa, troszcząca się bardziej o swoje koty niż synów i Mateusz Kościukiewicz czyli najstarszy z rodzeństwa Artur, przez którego tak naprawdę dojdzie do tragedii.  To zdecydowanie jeden z najbardziej uzdolnionych aktorów młodego pokolenia, a jego grę w filmie Sali docenią w szczególności Ci, którzy widzieli go w jego kinowym debiucie czyli "Wszystko co kocham", w którym zagrał diametralnie odmienną postać i z obiema poradził sobie fantastycznie.  W obrazie Sali jest w nim coś strasznie niepokojącego, widać wyraźnie jak miota się w sobie, jak nie potrafi poradzić sobie sam ze sobą, jak gdzieś głęboko w nim czai się niesamowicie czyste i przebiegłe zło, które z każdym kolejnym dniem coraz bardziej się wychyla, ale które nie jest oczywiste czy jednoznaczne.  Artur to fantastycznie zagrana, nieprzeszarżowana i niejednoznaczna postać, w której bardzo łatwo można było się zagubić lub ją strywializować, ale Kościukiewiczowi udało się idealnie ją przedstawić.  Za to naprawdę spore brawa.

Dobrym pomysłem na przedstawienie tej historii było ukazywanie jej od końca, od zatrzymania braci przez policję, po tym jak zamordowali swoją własną matkę i cofanie się w czasie, co kilka, kilkanaście tygodni, aż o ponad rok.  Dzięki temu zabiegowi nie skupiamy się na samym czynie chłopaków, bo skoro wiemy o morderstwie już od pierwszych chwil seansu, w ogóle na nie nie czekamy i przez to możemy skoncentrować się na życiu bohaterów przed tragedią, by zrozumieć ich postępowanie, by poznać przyczyny tego co się stało.  I tu pojawia się problem, bo sceny ukazujące urywki z życia braci jak i ich rodziców, na przestrzeni trzynastu miesięcy przed tragedią, za wiele nam o nich tak naprawdę nie mówią.  Za mało w filmie Sali jest punktów zaczepienia, dzięki którym moglibyśmy przejąć się jakoś losem bohaterów, starać się zagłębić w ich emocje, psychikę i jakoś z nimi przeżywać te ostatnie miesiące z ich względnie normalnego życia.  W większości, a w szczególności pod koniec filmu to tylko luźne sceny, które za wiele nie wnoszą,  które na domiar złego irytują okropnymi, pourywanymi, nienaturalnymi dialogami, z których mało co wynika.  To półsłówka rzucane na wiatr, przy których czuć iż nie płyną bezpośrednio z ust bohaterów, tylko są odczytywane z kartek zapisanych przez scenarzystę, głowiącego się jakie niebanalne zdania mogliby w danej chwili wypowiedzieć.  Czy ktoś tak w normalnym życiu naprawdę rozmawia?  O ile takie odzywki w ogóle można nazwać jakąkolwiek rozmową.  Ciężko mi w to uwierzyć. 

Film Sali nie sprawdza się również w scenach, które mają bez słów mówić nam o bohaterach i prowadzić tę historię konsekwentnie do przodu, a ściślej mówiąc cofając ją coraz bardziej w przeszłość.  Nie wiem czemu tak jest, ale w (oczywiście tych dobrych) europejskich filmach nawet jeśli z pozoru nic się nie dzieje, nawet jeśli reżyserzy pokazują nam z pozoru nieistotne sceny przedstawiające bohaterów lub środowisko w jakim żyją, to i tak niosą one ze sobą jakieś emocje, w mniejszym lub większym stopniu ale jednak hipnotyzują, zastanawiają, intrygują.  W obrazie Sali to tylko niepotrzebne dłużyzny, z których za wiele nie wynika, które zamiast zwracać uwagę na jakieś z pozoru nieistotne szczegóły, bez słów opowiadać swą historię, są tylko by być, by wydłużyć seans, sprawiać wrażenie, że więcej jest tu do zrozumienia, niż jest naprawdę.  Dlatego z sali kinowej wyszedłem nienasycony.  W czasie seansu nic nie poczułem, nic mną tak naprawdę nie wstrząsnęło, nic mną nie poruszyło i po napisach końcowych pozostała ze mną tylko cicha pustka, która szybko rozwiała się przez życie codzienne.  Trochę więc żałuję, że przed wybraniem się do kina nie przeczytałem opinii recenzenta Gazety Wyborczej Pawła T. Felisa, którego gust filmowy diametralnie różni się od mojego, a który "Matce Teresie od kotów" przyznał aż pięć gwiazdek.  Pewnie wtedy poczekałbym aż film ten pojawi się w telewizji…

wtorek, 21 września 2010, milczacy_krytyk
Tagi: polski dramat

Polecane wpisy

Komentarze
camparis
2010/09/22 11:26:36
Też nie rozumiem zachwytów nad tym filmem, jak dla mnie był on dosyć niedorobiony ;/
-
2010/09/22 11:51:00
nie lubię Felisa i też prawie zawsze nie zgadzam się z jego ocenami.
-
2010/09/22 12:22:49
po recenzji Felisa dokładnie wiedziałam, że to film zdecydowanie nie dla mnie, a twój tekst jeszcze to potwierdził. masz rację, pisząc, że polskie kino jest lepsze, ale właśnie lepsze ze względu na technikę: słyszalne dialogi, więcej światła, etc. ale historie są wciąż takie mroczne, same nieszczęścia, choroby, morderstwa. zdaje się, że kino przechodzi etap brutalistyczny, który teatr ma już za sobą. nie pociąga mnie takie kino.

wolę delikatniej opowiedziane historie, gdzie widza traktuje się jak partnera, sugeruje mu się pewne wątki, uczucia, a nie podaje na tacy rozwiązania, typu jak gość sobie wytatuuje na czole: fuck you, to znaczy, że bardzo nienawidzi, jest wściekły i tą wściekłość zaraz nam pokaże demolując, co mu pod ręce wleci.

dlatego lubię kino hiszpańskie, skandynawskie, włoskie. filmy o zwyczajnych ludziach, ich codziennych losach, gdzie można znaleźć choć odrobine poczucia humoru i dystansu. Polecam zatem: mine vaganti, puzzle, mój pies Tulip - moje ostanie odkrycia.
-
milczacy_krytyk
2010/09/24 15:47:22
Zapisałem sobie te trzy tytuły. Gdy na nie natrafię, z pewnością obejrzę :)
Pozdrawiam.
-
szymalan
2010/09/26 20:38:22
Wszyscy wkoło (ok, oprócz Pawła Felisa :) ) marudzą, że złe. Zostawię sobie ten film do obejrzenia w domu :)
pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2010/09/26 21:01:40
Złe nie, tylko nie tak genialne jak Felis pisze ;)
-
Gość: , *.aster.pl
2011/02/11 20:26:17
Dla mnie ten film to majstersztyk z doskonale dopracowanym scenariusze, długo niedający spokoju po wyjściu z kina. Miło, gdy reżyser odnosi się z szacunkiem do inteligencji widzów. Wielkie brawa dla Pawła Sali.