Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Godziny

chwile...

GodzinyGodziny (2002) USA

reżyseria: Stephen Daldry
scenariusz: David Hare
aktorzy: Nicole Kidman, Julianne Moore, Meryl Streep, Allison Janney, Ed Harris, Claire Danes, Toni Collette, Eileen Atkins, Miranda Richardson, John C. Reilly, Christian Coulson, Daniel Brocklebank, Jeff Daniels, Colin Stinton, Margo Martindale
muzyka: Philip Glass
zdjęcia: Seamus McGarvey
montaż: Peter Boyle

na podstawie: powieści Michaela Cunninghama "Godziny"

 (8,5/10)

Nie podobał mi się ten film.  Nie podobał mi się siedem lat temu gdy zobaczyłem go po raz pierwszy w kinie, tuż po premierze. Prawdę powiedziawszy nie zrozumiałem go wtedy, nie rozumiałem uczuć jakie przeżywają bohaterowie "Godzin", nie rozumiałem ich nieszczęścia, przygnębienia, niewidzialnych dla ich otoczenia problemów z jakimi muszą sobie radzić.  Nie potrafiłem docenić fantastycznego aktorstwa, świetnej realizacji i złożoności tej wielowątkowej historii, która rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat.  Pozostała mi ona jednak w pamięci, jako pewna zagadka, film który mnie osobiście nie zachwycił, a przez wielu był wychwalany pod niebiosa.  Przez te lata zastanawiałem się co inni w nim dostrzegli, dlaczego oceniali go tak wysoko, podczas gdy dla mnie był on całkowicie niezrozumiały, męczący i nudny.  Podświadomie wiedziałem jednak, że kiedyś obejrzę go jeszcze raz by przekonać się, czy moje pierwsze odczucia się przypadkiem nie zmienią, czy faktycznie ten film nie będzie mi sie nadal podobać, czy zmienię o nim zdanie, czy może po prostu nie byłem wtedy jeszcze na niego gotowy.  Do ponownego seansu zachęcała mnie coraz bardziej przepiękna muzyka Philipa Glassa, którą co jakiś czas słyszałem tu i ówdzie.  I w końcu zdecydowałem się na ponowny seans, który odebrałem całkowicie inaczej niż za pierwszym razem.  Wychodzi więc na to, że do niektórych filmów trzeba po prostu dorosnąć...

"Godziny" to niezwykle smutny, można wręcz powiedzieć, że dołujący, ale jednocześnie piękny i niezwykle prawdziwy film, opowiadający między innymi o bezskutecznym poszukiwaniu szczęścia w życiu.  Między innymi, bo problemów jakie porusza jest znacznie, znacznie więcej.  To świetny film psychologiczny, który zmusza do myślenia w czasie jak i po seansie.  To produkcja składająca się z trzech przeplatających się opowieści, rozgrywających się w różnych czasach, różnych miastach, a które jednak coś łączy.  To opowieść o trzech różnych kobietach z których jedna to pisarka Virginia Woolf pracująca w latach 20 XX wieku nad swoją powieścią "Pani Dalloway" (nie do poznania Nicole Kidman), druga to nieszczęśliwa pani domu Laura Brown mieszkająca w Los Angeles we wczesnych latach pięćdziesiątych (fantastyczna Juliane Moore) i ostatnia Clarissa Vaughn (Meryl Streep), wydawca książek, żyjąca na początku XXI wieku w Nowym Jorku, wydająca przyjęcie dla swojego chorego na AIDS przyjaciela (Ed Harris), który ma otrzymać prestiżową nagrodę za swoje osiągnięcia pisarskie.  Te trzy opowieści przenikają się ze sobą niezwykle płynnie, prawie, że niezauważalnie, dzięki czemu nie mamy wrażenia jakbyśmy oglądali trzy oddzielne historie, tylko jedną wielką, mówiącą dokładnie o tym samym, tylko w różny sposób, bo rozgrywającą się w trzech odmiennych epokach.

"Godziny" to film, który naturą rzeczy jako, że głównymi postaciami w nim występującymi są kobiety, mówi właśnie o kobietach. To film portretujący ich złożoność, rozterki jakie przeżywają i to jak zmieniała się ich sytuacja na przestrzeni lat.  Od wydającej przyjęcia gospodyni, przez na pozór szczęśliwą i uśmiechniętą panią domu, po mogącą spełniać swoje ambicje i marzenia kobietę, której jednak nadal w życiu czegoś brakuje.  To film również pokazujący ludzi, którzy poszukują szczęścia w swoim życiu, którzy pragną  czegoś co sami nawet nie są w stanie dokładnie opisać.  Czekają na lepsze, obecnie dalekie, odległe i bardzo nieokreślone dni, które mają nadzieję, że wkrótce nadejdą.  To film mówiący iż nigdy tak naprawdę w pełni nie docenimy tego co mamy, bo zawsze marzymy o czymś więcej, o czymś innym.  Bo gdy zaspokoimy jedno marzenie, od razu zapełniamy je następnym.  Pragniemy tego, co mają inni, nie zwracając uwagi na to co sami otrzymaliśmy od losu, podczas gdy oni sami marzą o naszym życiu, doceniając je bardziej niż my.  Pragniemy mieć to co dla nas jest niedostępne, niemożliwe do osiągnięcia, co czasem nie jest tym co dla nas najlepsze, a tym co zdaje się nam iż przyniesie nam szczęście.  To także film pokazujący niezwykłość i cenność naszego życia, które objawia się w najdrobniejszych, ulotnych chwilach, krótkich momentach, które później rozpamiętujemy latami, jako właśnie te najszczęśliwsze, najlepsze.

Ale "Godziny" to także obraz mówiący o naszych małych tragediach, które w gruncie rzeczy wcale nie są takie małe, bo są nasze własne, osobiste.  To film o nieszczęściu jakie unosi się gdzieś pod powierzchnią szczęśliwego życia.  O problemach jakie ukrywamy za uśmiechem, grając w życiu przypisaną sobie rolę.  O trudnych do wytłumaczenia, zdefiniowania kłopotach, myślach, które potrafią nas przytłoczyć, zniszczyć, a z którymi się nie ujawniamy na co dzień, bo mało kto by je zrozumiał.  Które musimy sami przeżyć, przetrawić, schować głęboko w sobie, bo życie trwa dalej, bo choć make-up spływa z naszej twarzy, to uśmiech powinien na niej pozostać, bo tak wypada, tak się powinno zrobić.  To film o ludziach, którzy męczą się ze swoim życiem, marząc o czymś zupełnie innym.  Którzy wiodą życie, takie jakim się samo ułożyło, nie wiadomo jak i kiedy, które nie potoczyło się tak jakby tego chcieli czy pragnęli.  Życie, które niezauważalnie zamienia się dla nich w koszmar, codzienną torturę, z której nie ma wyjścia.  Koszmar, z którym sami sobie muszą jakoś poradzić, którego sami do końca nie rozumieją, a którego z pewnością w pełni nie zrozumiałby nikt inny.  Koszmar z którego są tylko dwa niewiele różniące się wyjścia: ucieczka lub śmierć.  Świetny film.

czwartek, 16 września 2010, milczacy_krytyk
Tagi: dramat

Polecane wpisy

Komentarze
szymalan
2010/09/16 20:52:13
Ode mnie 7/10. Więcej będzie na moim blogu , może już niedługo, więc się teraz nie będę rozpisywał, powiem tylko : Ave Philip Glass!
-
Gość: lola king, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/09/16 21:44:11
W zasadzie ze wszystkim, co napisałeś, się zgadzam. Czy trzeba dojrzeć do tego filmu? Pewnie tak, ale powinien się cieszyć ten, który rzeczywiście dojrzał, bo reszta i tak nie zrozumie idei, czy przesłania tego filmu. Trudno jest zidentyfikować się z głównymi bohaterkami "Godzin", prawdę mówiąc, jest to prawie niemożliwe. Ale też trudno nie docenić, gry głównych bohaterek - wszyscy zachwycają się Kidman, a mnie to Moore rzuciła na kolana swoją sugestywnością - czy właśnie muzyki Glassa. Uważam, że jest to jeden z ważniejszych filmów, jakie powstały. Z Twoją oceną, jak najbardziej się zgadzam, i podpisuje się pod nią obiema rękoma :) Pozdrawiam.
-
bhuvan
2010/09/16 22:34:30
Moja historia z tym filmem jest bardzo podobna do Twojej. Oglądając za pierwszym razem byłem jeszcze za młody by "Godziny" zrozumieć. Tyle, że bynajmniej się nie zawiodłem. Film zahipnotyzował mnie od pierwszych minut, a raczej taktów muzyki Glassa - to ona i klamrowa scena najbardziej utkwiły mi w pamięci z pierwszego seansu.

Do "Godzin" wróciłem w kwietniu tego roku, niejako z obowiązku i uwielbiam ten film bezgranicznie. To jedno z tych dzieł, w których wszystko jest perfekcyjne. Genialny koncept, oszałamiająca forma, wybitne aktorstwo, niebanalna treść. A przy tym wszystkim "Godziny" są po prostu oglądalne, wręcz wciągające. Arcydzieła (dla mnie "Godziny" to jeden z niewielu filmów XXI wieku, które zasługują na to miano) często mają to do siebie, że przytłacza je ich własny ciężar. Daldry'emu udało się tego uniknąć.
-
2010/09/17 12:33:25
koncert gry akorskiej, cudowna muzyka Glassa i niezwykły film,który zapada w pamięcbardzo długo.
-
milczacy_krytyk
2010/09/18 17:28:49
do lola king
Po pierwszym obejrzeniu tego filmu pewnie bym się z Tobą zgodził, że nie sposób jest się zidentyfikować z głównymi bohaterkami. Teraz mam wrażenie, że dokładnie zrozumiałem co czuli, przez co przechodzili bohaterowie "Godzin" i dlatego o wiele bardziej dotarł ten film do mnie, niż te kilka lat temu. Przez te lata przeżyłem to i owo, doświadczając w pewnym momencie swego życia problemów i rozterek, jakie dotykają bohaterów filmu Daldry'ego, dlatego tym razem mogłem zrozumieć ich zachowanie, odgadnąć ich myśli, współczuć im i bardziej się do nich zbliżyć. Dlatego wydaje mi się, że jednak do tego filmu trzeba w jakiś sposób dorosnąć, by go docenić i zrozumieć.
Zgadzam się co do tego, że Moore zagrała równie dobrze (jeśli nawet nie lepiej) co Kidman. Szkoda tylko, że nie została jakoś wyróżniona za tę rolę. Najsłabiej moim zdaniem wypadła (choć ją uwielbiam ponad wszystko) Meryl Streep. Co oczywiście nie znaczy, że jej występ był słaby.
Pozdrawiam
-
milczacy_krytyk
2010/09/18 17:36:53
do bhuvan
Tak to prawda. Daldry'emu udało się niezwykle sprawnie połączyć te trzy przebogate historie, dzięki czemu jego film nie zapadł się pod własnym ciężarem, ani nie rozdymał jak balon, przez zbyt podniosłą atmosferę czy nazbyt inteligentne dialogi, przez co nie dałoby się go oglądać. To jak fantastycznie zrealizowany jest to obraz perfekcyjnie widać chociażby w tej pierwszej klamrowej scenie o której piszesz. Idealny wstęp do genialnego filmu.

Pozdrawiam.