Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Wolf Creek

przestrzeń...

Wolf CreekWolf Creek (2005) Australia

reżyseria i scenariusz: Greg McLean
aktorzy: John Jarratt, Nathan Phillips, Kestie Morassi, Cassandra Magrath, Andy McPhee
muzyka: Frank Tetaz
zdjęcia: Brandon Trost
montaż: Jason Ballantine

 (5/10)

Jak dowiadujemy się ze wstępnych napisów do „Wolf Creek”, każdego roku w Australii gubi się około 30 tysięcy osób, z czego 90 procent odnajduje się w przeciągu miesiąca.  Pozostałych trzech tysięcy nie udaje się nigdy odnaleźć.  A ponieważ oglądamy horror nie trzeba być specjalnie domyślnym by wywnioskować, że nasi bohaterowie znajdą się właśnie wśród tych nieszczęśliwych dziesięciu procent.  Prócz tego z napisów dowiadujemy się, że film ten jest oparty na wydarzeniach autentycznych, jakie miały miejsce w okolicach Wolf Creek w 1999 roku.  Do takich zapewnień podchodzę z reguły dość zachowawczo, bo ostatnimi czasy są strasznie nadużywane. Dopisywane są do prawie każdego horroru, tylko po to by przyciągnąć więcej widzów rządnych realnych wydarzeń, a producenci przypisują je produkcjom, które z prawdą mają niewiele wspólnego.  I również w przypadku „Wolf Creek” te posępne zapowiedzi autentyczności okazują się być przesadzone.  Co ciekawe dowiadujemy się o tym nie już po seansie, szukając na własną rękę informacji o tamtych wydarzeniach, ale z samego filmu, który w napisach końcowych podsumowuje całą tę historię.

Produkcja Grega McLeana zaczyna się bardzo standardowo.  Trójka młodych ludzi, dwie Brytyjki Liz i Kristy oraz Australijczyk Ben, wyruszają z położonego na zachodzie Broone w podróż po Australii.  Imprezują, bawią się, ogólnie mówiąc spędzają ze sobą fantastyczny czas.  Po drodze zahaczają o Wolf Creek by zobaczyć znajdujący się tam ogromny krater po meteorycie.  Sielanka oczywiście już wkrótce się skończy i to co było przyjemną podróżą przez step, stanie się walką o przetrwanie, z której nie wszyscy wyjdą cało.   Przez pierwszą godzinę (a film trwa niecałe dwie) nie dzieje się jednak prawie nic.  Bohaterowie podróżują tylko przez kraj, nudzą się, podziwiają krajobrazy, szukają stacji benzynowych, śpiewają, opowiadają straszne historie przy ognisku i tak dalej.  Dopiero gdy pośrodku przysłowiowego nigdzie psuje się im samochód, sytuacja zaczyna się komplikować.  Dopiero wtedy rozpoczyna się powoli właściwy horror.  Jednakże w przeważającej większości jest to nudny schemat – psychicznie chory nieznajomy znęca się psychicznie i fizycznie nad bohaterami, aż tym udaje się w końcu jakoś wyswobodzić z jego pułapki i wtedy zaczyna się morderczy pościg.

Co można jeszcze wycisnąć z takiej w kółko wałkowanej historii?  No niestety już niewiele, dlatego warte obejrzenia filmy tego typu można zliczyć na palcach jednej ręki.  „Wolf Creek” moim zdaniem się do nich jednak nie zalicza.  Bo choć historia ta nie biegnie do końca tak jak można by na początku sądzić, to jednak nie potrafi się wyzbyć typowych zagrań chociażby: powracanie do swoich, czy rozdzielanie się w najbardziej nieodpowiednim momencie.  Również sami bohaterowie to typowe postaci z takiego gatunku, jedna osoba silna, walcząca za wszelką cenę, druga słabsza, poddająca się prawie na samym początku i tym podobne.  Od samego początku wiadomo również kto będzie tym silniejszym charakterem napędzającym akcję, a kto się rozpadnie więc w tym obszarze zaskoczeń nie ma żadnych.  Zdziwiło mnie za to, kto ostatecznie przetrwał ten koszmar, bo spodziewałem się zupełnie innej osoby.

Nietypowe jest również tu to, że bohaterowie od momentu złapania przez szaleńca są pokazywani w większości oddzielnie, każdy po kolei, a nie jak ma to normalnie miejsce, w większych grupach, które z minuty na minutę coraz bardziej topnieją.  To jednak wskazuje też na to, które elementy tej historii mogły być prawdziwe, a które były jedynie twórczym wymysłem scenarzysty.  I jak się okazuje pod koniec filmu w dużej mierze ta opowieść to właśnie pomysł samego scenarzysty, bo gdyby opierać się tylko na wspomnieniach świadka i uczestnika tamtych wydarzeń, to film ten byłby krótszy o połowę, z czego nie znalazłby się w nim prawie cały środek, a więc większość (jeśli nie wszystkie) drastyczne sceny z mordercą.  Te które zostały wymyślone przez scenarzystę ani nie są straszne, ani mrożące krew w żyłach.  A ponieważ nie przywiązałem się do bohaterów, było mi kompletnie obojętne co się z nimi stanie, kto przeżyje a kto nie.  Sceny te są nudne, nieciekawe i strasznie męczące.  Na plus można zaliczyć za to piękne zdjęcia Brandona Trosta, choć w dużej mierze są one zasługą niezwykłych krajobrazów Australii, które i w dzień i w nocy robią spore wrażenie.

czwartek, 19 sierpnia 2010, milczacy_krytyk
Tagi: horror

Polecane wpisy

  • mother!

    never enough mother! (2017) USA reżyseria i scenariusz : Darren Aronofsky akotrzy : Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer, Brian Glee

  • To

    you'll float too! To (2017) USA reżyseria : Andres Muschietti scenariusz : Gary Dauberman, Chase Palmer, Cary Fukunaga aktorzy : Jaeden Lieberher, Jere

  • Obcy: Przymierze

    Covenant Obcy: Przymierze (2017) Australia, Nowa Zelandia, USA reżyseria : Ridley Scott scenariusz : John Logan, Dante Harper aktorzy : Michael Fassbender, Kat

  • Wyklucie

    Ezekiel Boone. Urodził się w kanadyjskiej prowincji Ontario. Mieszka i tworzy w Nowym Jorku.  Laureat licznych nagród za opowiadania publikowane w&nbs

  • BESTIA - Alicja Minicka

    Alicja Minicka z wykształcenia jest ekonomistką lecz z zamiłowania kryminalistką. Na codzień zajmuje się publicystyką. Jest autorką powieści "Colette" oraz "Ge