Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Walentynki

bombonierka

WalentynkiWalentynki (2009) USA

reżyseria: Garry Marshall 
scenariusz: Katherine Fugate
aktorzy: Jessica Alba, Kathy Bates, Jessica Biel, Bradley Cooper, Eric Dane, Patrick Dempsey, Hector Elizondo, Jamie Foxx, Jennifer Garner, Topher Grace, Anne Hathaway, Carter Jenkins, Ashton Kutcher, Queen Latifah, Taylor Lautner, George Lopez, Shirley MacLaine, Emma Roberts, Julia Roberts, Bryce Robinson, Taylor Swift, Matthew Walker, Larry Miller
muzyka: John Debney 
zdjęcia: Charles Minsky 
montaż: Bruce Green

 (5/10)

Najnowszy film Garry'ego Marshalla choćby nie wiadomo jak bardzo się starał, nie uniknie oczywistego porównania do pewnego brytyjskiego filmu sprzed siedmiu lat.  Mam tu na myśli oczywiście "To właśnie miłość" (za którym osobiście nie przepadam, choć to akurat teraz ważne nie jest).  Oba filmy różnią się bowiem jedynie świętem wokół którego kręci się akcja (no i aktorami, ale to akurat jest oczywiste).  W filmie Marshalla jest to dzień zakochanych, w obrazie Richarda Curtisa były to święta Bożego Narodzenia.  Oba te obrazy mówią o miłości i pokazują kilkanaście przeplatających się ze sobą historii, jednocześnie oferując nam możliwość podziwiania przebogatej obsady, składającej się z niezliczonej liczby sław.  Marshall prześcignął chyba jednak Curtisa, bo w jego filmie lista występujących znanych aktorów jest tak długa, że nawet jedynie ich twarze nie zmieściły się na standardowym plakacie, a wymienienie ich tylko z nazwiska zajęłoby przynajmniej pół tego akapitu.  Czy tyle sław w jednym filmie było dobrym pomysłem?  Niestety nie.

"Walentynki" cierpią na przesyt bohaterów.  Rozumiem, że twórcy chcieli mieć w swoim filmie same gwiazdy, ale bez przesady.  Co za dużo, to nie zdrowo.  Część z aktorów znalazła się w tym obrazie tylko i wyłącznie dlatego, że akurat jest na topie (chociażby Swift i Lautner) i film nie ucierpiałby wcale gdyby ich mało interesujących historii w nim w ogóle nie było.  Przez tak dużą liczbę postaci całość niestety w wielu momentach zaczyna się rozłazić, bo zanim twórcy wrócą do bohaterów, których przed chwilą nam na chwilę pokazali, mija tyle czasu, że prawie o nich zapominamy.  Poza tym każda z postaci dostaje tak mało czasu na zaprezentowanie swojej osoby, że do większości z nich nie mamy możliwości się w żaden sposób przywiązać, czy zwyczajnie ich polubić.  Twórcy niestety chyba sami nie wiedzieli również za bardzo co zrobić z niektórymi wątkami, bo urywają się one nagle, nie wiadomo czemu, tak jakby kompletnie o nich zapomniano, lub nie miano pomysłu jak je logicznie zakończyć.

Tworząc bohaterów do tego filmu, twórcy uwzględnili chyba każdą grupę wiekową, zaczynając od kilkulatka zadurzonego niczym nastolatek, przechodząc przez kilka około trzydziestoletnich par, a kończąc na starszym małżeństwie, które będzie musiało przejść niespodziewany kryzys.  Niestety jednak nie każdej parze dali taki sam czas ekranowy, przez co jesteśmy niejako zmuszani do oglądania niektórych bohaterów dłużej i częściej niż pozostałych (najczęściej na ekranie pojawiają się chyba Kutcher i Garner).  Oczywiście jak na złość tych najciekawszych (zdecydowanie Roberts) widzimy tylko przez chwilę, nie mając możliwości nacieszyć się nimi odpowiednio, a twórcy nie wiedzieć czemu najwięcej czasu poświęcają najmniej interesującym i najbardziej zwyczajnym wątkom, które po którymś pojawieniu się zaczynają być po prostu nudne (wspomniany wcześniej Kutcher).  I choć tego typu problem występuje zawsze w takich filmach, to mam jednak wrażenie, że twórcy "Walentynek" nawet nie starali się go uniknąć i wcale nie zważali na te nierówności czasowe.

Szkoda również, że twórcy mając w obsadzie tyle znanych serialowych i filmowych nazwisk, do których przylgnęły większe lub mniejsze łatki, nie zdecydowali się wykorzystać tych znanych nam wizerunków i pokazać ich w trochę innym, może krzywym zwierciadle.  Po trochu zrobili to w jednej malutkiej scenie z Julią Roberts przy napisach końcowych, ale takiego puszczania oka do widza mogło być znacznie więcej, dzięki czemu film ten byłby i ciekawszy i być może bardziej zabawny.  A z tym jest niestety kłopot, bo "Walentynki" to zwykła, lekka komedia, posiadająca kilka nawet niezłych żartów, ale generalnie jest ona bardzo letnia i żaden niekontrolowany wybuch śmiechu nam w czasie seansie nie grozi. Całość to niestety jeden wielki schemat, zaczynając od sceny na lotnisku, a kończąc na  okropnych olśnieniach bohaterów na temat swojego życia, w momentach gdy rozmawiają z nieznajomymi.  W gruncie rzeczy to również strasznie smutny film, bo pod gigantyczną warstwą lukru i słodkości jaka co chwilę wylewa się z ekranu, widzimy w tych historyjkach smutnych, samotnych ludzi, którzy bezskutecznie starają się znaleźć miłość na tym świecie.  Jak na Walentynki to zdecydowanie mało krzepiący widok...

niedziela, 14 lutego 2010, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Lola King, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/02/15 16:37:54
Tak naprawdę na pytanie, które mnie nurtowało, odpowiedziałeś już w pierwszym akapicie, a więc czy dobrze film wyszedł na tym, że w obsadzie znalazło się tyle gwiazd. Wnioskuje, że nie, a więc spokojnie mogę sobie go darować. Ten wspomniany przez ciebie lukier i nadmiar słodkości, też mnie odpycha. Walentynki to nie święto dla mnie, a więc film z pewnością też do mnie nie trafi. Nawet jeśli za kamerą stanął sam Marschall. Pozdrawiam ;]
-
milczacy_krytyk
2010/02/15 18:49:07
Możesz spokojnie poczekać aż ten film pojawi się na dvd lub będzie w telewizji. "Walentynki" to niestety nic specjalnego...