Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Star Trek

cheating...

Star TrekStar Trek (2009) USA

reżyseria: J.J. Abrams  
scenariusz: Alex Kurtzman, Roberto Orci  
aktorzy: Chris Pine, Zachary Quinto, Eric Bana, Bruce Greenwood, Simon Pegg, Karl Urban, John Cho, Winona Ryder,  Zoe Saldana, Jennifer Morrison, Anton Yelchin, Leonard Nimoy, Ben Cross, Chris Hemsworth, Clifton Collins Jr.,  Jimmy Bennett, Faran Tahir, Lucia Rijker, Jacob Kogan
muzyka: Michael Giacchino  
zdjęcia: Daniel Mindel  
montaż: Mary Jo Markey, Maryann Brandon
  

 (6/10)

Jedenasty kinowy „Star Trek” jest tym, czym dla opowieści o agencie 007 było kilka lat temu "Casino Royale" - całkowicie nowym początkiem.  Początkiem, który wprowadza zupełnie nowe zasady, zmienia podstawowe założenia znanej nam historii i ogólnie odbiega od tego co dotychczas było normalne i typowe dla uniwersum „Star Treka”. Niedawno uważałem, że rewolucja w świecie Bonda była udana i potrzebna, bo udało jej się wprowadzić na odpowiednie tory historię, która niebezpiecznie szybko zbliżała się do parodii samej siebie.  Tak jak wtedy kompletnie nie rozumiałem oburzenia fanów, tak teraz to ja jestem tym, który się buntuje i jest niezadowolony z poczynionego postępu. 

Prawdę powiedziawszy nigdy nie byłem fanem TOS (tzw. Oryginalna Seria, czyli serial z lat 60) ani nie przepadałem za tamtą załogą.  Kilka razy próbowałem obejrzeć wszystkie 3 sezony, ale jakoś nie mogłem przekonać się do klimatu i gry aktorskiej z tamtych lat.  Zawsze bliżej mi było do TNG (Następne Pokolenie z Patrickiem Stewartem w roli kapitana) i to ta seria jest dla mnie prawdziwym „Star Trekiem”, który kocham ponad wszystko.  Jednakże pewne założenia, atmosfera czy reguły gry były wspólne dla wszystkich seriali spod znaku „Star Trek” i właściwie tylko tego oczekiwałem po nowej odsłonie. Podobnego klimatu charakterystycznego tylko dla gwiezdnej wędrówki.  „Star Trek” Abramsa klimatu jednak nie ma wcale…

Ostatnie lata były ogólnie rzecz biorąc niekorzystne dla ST.  Najgorszy (podobno) film z serii, oraz nieudany serial "Enterprise" spowodowały, że producenci musieli podjąć decyzję - czy ważniejsze jest trzymanie się tradycji i lekkie modyfikacje w hermetycznym świecie, czy ratowanie się przed śmiercią i bardzo śmiała rewolucja.  Wybrano to drugie i wcale nie dziwi mnie taka decyzja.  Nowy początek daje możliwości na nowe filmy, seriale i co najważniejsze na zainteresowanie całym uniwersum nowych widzów, którzy do tej pory nie wciągnęli się jeszcze w świat ST.  Problem polega jednak na tym, że za reanimowanie serii wzięli się ludzie, którzy chyba nie do końca rozumieli o co tak naprawdę chodzi w stworzonej przez Gene'a Roddenberry'ego  prawie 50 lat temu opowieści.  Ludzie, którzy otwarcie przyznawali się, że bardziej kręci ich „Star Wars”, którzy chcieli dodać do ST więcej akcji, humoru, więcej "rock and rolla".  Za scenariusz odpowiedzialni są Alex Kurtzman i Roberto Orci, którzy do tej pory popełnili skrypty do przeszarżowanej "Wyspy", naciąganego "M:I:III" czy nawet udanych "Transformersów" i ze „Star Treka” zrobili... teledysk dla nastolatków.

Przez cały film Panowie silą się niesamowicie by było zabawnie, szybko i wybuchowo i faktycznie momentami tak jest - bardzo dobre kilkanaście pierwszych minut.  Jednakże przy okazji w tym pędzie za nowymi efektami gubi się gdzieś sens całej tej opowieści oraz logika prezentowanych nam wydarzeń.  Dlatego twórcy nie zwalniają ani na trochę tempa by nie wyszło na jaw, że opowiadana przez nich historia jest pełna dziur i naciągnięć.  Całe szczęście, że przynajmniej w podróżach w czasie się na zaplątano, bo o to przed seansem bałem się najbardziej.  Udało się uniknąć paradoksów i bezsensowności zemsty z przyszłości, a i zmiany w uniwersum wyglądają lepiej niż w zwiastunach.  O jakichkolwiek wnioskach czy morale na koniec, który zawsze był nieodłączną częścią Treka oczywiście nie ma co marzyć. Twórcy co prawda serwują nam małą gadkę o przeznaczeniu, przyjaźni i wierze we własne możliwości, ale wypada ona tak blado, że równie dobrze w ogóle mogłoby jej nie być.

Żeby nie było, że jestem całkowicie negatywnie nastawiony do tego filmu to napiszę, o trzech elementach, które mi się naprawdę podobały.  Po pierwsze obsada.  Jak zwykle przy produkcjach Abramsa osoby odpowiedzialne za casting spisały się rewelacyjnie i wszyscy młodzi aktorzy fantastycznie odegrali swoje postaci.  Czy to Pine w roli niepokornego Kirka, czy Quinto jako chłodny choć rozrywany przez emocje Spock, czy Pegg jako swojski Scotty.  Nie udał się jedynie Nero ( w tej roli Bana), który jak na czarny charakter jest za mało złowrogi i ogólnie wypada jakoś tak nijako.  Drugi plus to zdjęcia, a szczególnie załamujące się światło i odblaski od oświetlenia.  Tworzą one naprawdę fajne obrazki i nietypowy klimat.  Abramsowi udała się jeszcze jedna rzecz - chyba jako pierwszy pokazał ogrom oraz pustkę kosmosu.  Ciche sceny walk statków w przestrzeni, czy spadania na Wulkan naprawdę robią ogromne wrażenie i za to wielkie brawa, bo tego zawsze brakowało mi w „Star Treku” i nikomu do tej pory nie udało się w taki sposób pokazać kosmosu.

Ogromnie natomiast rozczarowałem się muzyką.  Giacchino to nie Goldsmith więc nie spodziewałem się cudów, ale facet ma talent i jego soundtracki są w większości dobre.  Tu się niestety jednak pogubił i stworzył pompatyczną, nadętą muzykę, która nie pasuje do poprzednich części (krótki motyw w napisach końcowych to jak dla mnie zdecydowanie z mało) a już bardziej przypomina ścieżkę dźwiękową do kolejnego sezonu "Lost".  „Star Trek”, jak mówił sam Goldsmith, wymagał delikatności bo ta historia zawsze była trochę romantyczna, jakby natchniona i taki właśnie, powinien być tez i soundtrack. 

I już na sam koniec jeszcze jedna uwaga co do scenografii.  Twórcy mieli dowolność w kreowaniu wnętrz nowego Enterprise i o ile wygląd korytarzy statku czy mostku kapitańskiego można zaakceptować, to już maszynownia przypominająca rafinerię to jakiś jeden wielki żart i pomyłka.

środa, 20 maja 2009, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

  • mother!

    never enough mother! (2017) USA reżyseria i scenariusz : Darren Aronofsky akotrzy : Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer, Brian Glee

  • Valerian i Miasto Tysiąca Planet

    space oddity Valerian i Miasto Tysiąca Planet (2017) Francja, USA reżyseria i scenariusz : Luc Besson aktorzy : Dane DeHaan, Cara Delevingne, Clive Owen, Riha

  • Baby Driver

    was he slow? Baby Driver (2017) USA reżyseria i scenariusz : Edgar Wright aktorzy : Ansel Elgort, Kevin Spacey, Lily James, Jon Bernthal, Eiza González, Jon H

Komentarze
Gość: Menetheris, *.cust.tele2.pl
2009/06/29 12:33:43
Nieco mnie zawiódł nowy "Star Trek"-przede wszystkim wydawał się mi za krótki, ale i jako rozrywka sprawdził się co najmniej imponująco. Burze kolorów, świateł jaka spada na widza w trakcie oglądania jest niesamowita. Generalnie sądzę,że film zobaczyć warto, i tyczy się to nie tylko fanów starej serii. Pozdrawiam i zapraszam do siebie