Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Blog > Komentarze do wpisu
Dom latających sztyletów

znowu ta miłość....

Dom latających sztyletów

Dom latających sztyletów (2004) Chiny, Hongkong Ulubiony

reżyseria: Yimou Zhang  
scenariusz: Yimou Zhang, Feng Li, Bin Wang  
aktorzy: Takeshi Kaneshiro, Andy Lau, Ziyi Zhang, Dandan Song
zdjęcia: Xiaoding Zhao  
muzyka: Shigeru Umebayashi 
kostiumy: Emi Wada  
dźwięk: Jing Tao, Roger Savage
 

 (9/10)


"Dom latających sztyletów" jest specyficznym filmem, który im dłużej trwa tym jest lepszy i bardziej wciąga.
Na samym początku miałem wrażenie, ze reżyser "Hero" spoczął na laurach i tym razem pokaże nam wyłącznie piękne obrazki. Pierwsze sceny wyglądają na udawane. Wszystko jest jakieś takie..... dziwne. Występ goni występ, walka walkę. Latające ziarenka fasoli są przesadzone i po prostu denerwują. Wiem, że w chińskich filmach, szczególnie takich, wiele rzeczy jest umownych ale bez przesady!

Całe szczęście po około pół godzinie pokazów akcja zaczyna się rozwijać, a SA film uspokaja się. Poznajemy nowych bohaterów i dajemy się - przynajmniej ja - porwać historii. Reżyser wprowadza kilka zwrotów akcji, kolejne walki, a wszystko kręci się wokół najbardziej popularnego tematu kina - czyli miłości. I pomimo, że ta historia jest stara jak świat, to ogląda się ją wyśmienicie.  Pokazując nam bohaterów Yimou Zhang wprowadza nas w magiczny świat i od tej pory latający wojownicy czy sztylety już nie rażą. Są one czymś normalnym. A początkowa zabawa w echo, która powtarza się prawie na samym końcu filmu, nabiera sensu.

"Dom..." jest pięknym wizualnym pokazem, rewelacyjnie sfotografowanym i opatrzonym fantastyczną muzyką. Kolejne sceny akcji - doprowadzone do niesamowitej perfekcji –  są coraz to ciekawsze. Sceny walki z żołnierzami na koniach, czy w lesie bambusowym naprawdę rzucają  na kolana.  Całe szczęście Yimou Zhang nie zapomina o wolniejszych momentach i nie skupia się tylko na "pokazówkach". Te skromne, małe sceny są naprawdę przesycone emocjami, fantastycznie sfotografowane, niosące niesamowity ładunek emocji i uczuć.

Najciekawsze jest to, ze "Dom..." jest filmem bardzo smutnym, pozostawiającym widza w głębokiej zadumie. Po dwóch godzinach pięknych ujęć Yimou Zhang nie oferuje nam happy endu. Ale jednocześnie nie dobija nas. Ostatnia scena kończy się jakby za szybko. Za szybko nadchodzi czerń, a potem napisy. Film się kończy ale bohaterowie pozostają z nami na długo....

sobota, 01 listopada 2008, milczacy_krytyk

Polecane wpisy

Komentarze
countersv
2008/11/04 11:41:49
Ostatnia scena jest jednoczesnie chyba najpiekniejsza scena walki w historii. Gdy wpadaja na ten dziewiczy snieg i najpierw zaczynaja sie w nim pojawiac slady stop, a pozniej krwi, a wszystko krecone w przepiekny sposob. Cos niesamowitego. Niby prosty pomysl, a widac, ze ktos widzial jak to zrobic od a do z.